Zaczynali od zera, dziś są milionerami

Choć pieniądze szczęścia nie dają, to każdy chce to sprawdzić osobiście. Bohaterowie tego artykułu, biznesmeni z rankingu najbogatszych Polaków, mieli taką okazję. Czy duża kwota pieniędzy potrafi nasycić? Gdyby tak było, większość biznesmenów po zarobieniu pierwszego miliona pakowałaby walizki i do końca życia podziwiała tropikalny krajobraz z dala od zmartwień i szarej codzienności. W biznesie jednak, jak w każdej innej dziedzinie życia – kto się nie rozwija, ten się cofa. Prawdziwych przedsiębiorców syty portfel tylko zachęca do realizacji kolejnych pomysłów. Wystarczy prześledzić losy współczesnych rentierów.
Tradycja zobowiązuje
Raptem cztery lata po tym, jak w 2003 r. Zbigniew Grycan pozbył się reszty udziałów w Zielonej Budce, postanowił powrócić do branży, praktycznie od zera budując sieć lodziarni pod własnym nazwiskiem. 68-letni cukiernik w wywiadach powtarza, że zrobił to z potrzeby serca. Rodzinne tradycje związane z produkcją słodkości były silniejsze niż ostrzeżenia, że wchodzenie po raz drugi do tej samej rzeki to wariactwo.
Grycan jako przedsiębiorca w branży cukierniczej zadebiutował w 1980 r. Wtedy właśnie kupił Zieloną Budkę, która pod jego wodzą umocniła pozycję na rynku warszawskim, a z czasem stała się dobrze znana w całej Polsce. Dwie dekady później Grycan sprzedał ją funduszowi Enterprise Investors, inkasując w wyniku tej transakcji 8 mln euro.
- Miliony na niezwykłym pomyśle
- Zarobiła miliony na "niczym"
- Dlaczego warto założyć firmę
- Czy nadajesz się do prowadzenia biznesu?
Z majątkiem 30 mln zł w 2003 znalazł się w drugiej setce najbogatszych Polaków według magazynu „Wprost”. Nie osiadł jednak na laurach. Kiedy tylko wygasł termin obowiązywania zakazu konkurencji, powrócił na rynek. Jego nowy projekt biznesowy Grycan – lody od pokoleń okazał się strzałem w dziesiątkę. W tej chwili jest największą w Polsce siecią lodziarni firmowych i obsługuje największe hotele, sieci handlowe i delikatesy.
Sam Grycan przyznaje, że sprawy mają się lepiej, niż przypuszczał, planując nowy biznes. I z większym zapałem opowiada raczej o nowych smakach lodów niż strategiach biznesowych. Z dumą zaznacza, że smak piernikowy, makowy, imbirowy czy likieru pomarańczowego po raz pierwszy można było spotkać właśnie w jego lokalach. Niech najlepszym dowodem na powołanie Grycana będzie to, że do niektórych smaków dokłada, żeby klienci mogli skosztować nawet najdroższych w produkcji aromatów. Jeśli już musi ciąć koszty, to raczej oszczędzi na energii, niż wprowadzi tańsze receptury.
Czarny koń wśród polskich bogaczy
Swoją pierwszą firmę Leszek Czarnecki założył już jako student Wydziału Inżynierii Sanitarnej na Politechnice Wrocławskiej. Jeszcze w Polsce Ludowej obronił doktorat w Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, a kiedy nastały czasy kapitalizmu, wykorzystał kształtujące się właśnie mechanizmy prawno-ekonomiczne umożliwiające działalność przedsiębiorstwom finansowym, zakładając Europejski Fundusz Leasingowy.
Dziesięć lat później, w 2001 r. sprzedał spółkę francuskiemu bankowi Credit Agricole, inkasując 900 mln zł oraz 25 proc. udziałów nowo powstającego Credit Agricole Polska. W 2004 r. na świat przyszło najpotężniejsze biznesowe dziecko Czarneckiego – Getin Holding, skupiający m.in.: Getin Bank, Noble Bank, Towarzystwo Ubezpieczeniowe Europa, Open Finance czy Fiolet PDK, a także instytucje finansowe działające w Rosji, na Białorusi, Ukrainie oraz w Rumunii.
Pozycji Czarneckiego nie podkopały nawet doniesienia o jego współpracy ze służbami bezpieczeństwa oraz wywiadem PRL. Biznesmen przyznaje, że zobowiązanie podpisał, ale swoją rolę jako tajnego współpracownika bagatelizuje. Czarnecki trudne chwile przeżywał podczas bessy w 2008 r. Wartość jego giełdowych aktywów spadła wówczas o połowę, topniejąc do nieco ponad 3 mld zł. Jednak nawet w czasie spadków na giełdach finansowe przedsiębiorstwa Czarneckiego notowały wysokie zyski, a on sam jako jeden z najbogatszych z Polaków trafił na 446 miejsce listy najbogatszych ludzi świata magazynu „Forbes”.
Nieco gorzej wiodło mu się w deweloperce. Kryzys zmusił inwestora do wstrzymania budowy najwyższego w Polsce budynku mieszkalnego Sky Tower we Wrocławiu, ale to właściwie jedyny nieudany projekt Czarneckiego w ostatnich latach. W wolnym czasie biznesmen chętnie oddaje się swojemu hobby – podróżom i nurkowaniu. Przed kilkoma laty nurkował na głębokość 194 m w jaskini Boesmansgat w RPA. Być może racje miał pewien analityk rynkowy, mówiąc, że dla inwestorów lepiej byłoby, gdyby Czarnecki miał bezpieczniejsze sposoby na relaks. Ewentualny wypadek biznesmena mógłby przecież zaprowadzić ponownie zyskujące na wartości akcje w rekordowe... głębiny.
Żabka przyniosła pieniądze
Prawie miliard złotych – na tyle szacowany jest majątek kolejnego polskiego rentiera, Mariusza Świtalskiego. Krótko przed transformacją ustrojową w Polsce utworzył holding Elektromis, przekształcając go w sieć hurtowni sprzedanych później portugalskiej firmie Jeronimo Martins. Najbardziej znanym z jego biznesów stała się jednak sieć sklepów Żabka, którą założył w 1999 roku.
Przedsięwzięcie szybko okazało się rentowne, sklepy przynosiły roczne zyski rzędu kilkudziesięciu milionów złotych. W 2000 roku udziały w Żabce objął fundusz AIG. Siedem lat później sieć została sprzedana czeskiej spółce Penta Investments za ponad 500 mln zł. Świtalski pobrał okazałą rentę za swoją biznesową pomysłowość. Zew inwestora okazał się jednak zbyt silny, by ostatecznie odwiesił na kołek kalkulator i przestał przygotowywać kolejne biznesplany.
Świtalski wprawdzie na dobre pożegnał się z handlem FMCG, ale od razu po sprzedaży Żabki założył Sowiniec Fundusz Inwestycji Zamkniętych, który oddał pod zarząd firmy Copernicus Capital Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych. Jego nowym konikiem stały się nieruchomości. Firma Świtalski & Synowie ma być wehikułem do zarabiania na tym rynku.
Poznański deweloper ma zamiar w ciągu pięciu nadchodzących lat wybudować sieć Mini Park, obejmującą kilkadziesiąt minicentrów handlowych oraz obiektów wielofunkcyjnych w miastach powyżej 30 tysięcy mieszkańców. Pomysł łączy funkcjonalność powierzchni komercyjnych i mieszkaniowych. Ma stanowić alternatywę dla hipermarketów i wielkopowierzchniowych galerii handlowych. Szukając strategicznego operatora spożywczego dla nowo powstającej sieci, Świtalski po raz kolejny zdecydował się na współpracę z Jeronimo Martins, któremu niegdyś sprzedał Elektromis.
Harcerz na boisku
Zanim Sylwester Cacek znalazł się w gronie potężnych finansistów, na kartach jego CV zapisały się takie epizody, jak zaangażowanie w działalność harcerską, praca w sklepie odzieżowym, własny sklep z zabawkami czy nawet wyjazd na budowę do Niemiec. Kariera przedsiębiorcy nabrała tempa, kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych Cacek wraz z żoną postanowił udostępnić klientom możliwość pobierania bankowych kredytów ratalnych przy zakupie odbiorników RTV, zasilając tym samym ich siłą nabywczą. Następnie do oferty wprowadził kredyty samochodowe.
Klienci walili drzwiami i oknami. Z czasem sieć rozrosła się, a przedsiębiorcze małżeństwo pokusiło się o kupno niewielkiego banku Cuprum. Transakcja skłoniła Cacka do przekształcenia sieci handlowej w regularny bank pod nazwą Dominet. W 2006 r. 50,1 proc. jego akcji kupiła belgijska grupa Fortis, zasilając konto Cacków kwotą 350 mln zł. Za takie pieniądze można spełnić marzenia i w zasadzie do końca swoich dni cieszyć się życiem, opływając w luksusy. Marzeniem świeżo upieczonego rentiera był klub piłkarski, który pod jego rządami sięgnąłby europejskiego poziomu. Wybór padł na Widzew, chociaż Cacek nigdy nie krył swoich sympatii do stołecznego CWKS z Łazienkowskiej.
Kwota 20 mln zł wyłożona na klub wydaje się drobnym wydatkiem w porównaniu z pieniędzmi zainkasowanymi za Dominet. Kolejne 30 mln zł Cacek zainwestował w żywcem pogrzebaną przez kryzys spółkę gastronomiczną Sfinks, w której wykupił ponad 30 proc. udziałów i został prezesem zarządu. O połowę mniejszym zastrzykiem finansowym wyciągnął znad skraju upadłości odzieżowego Redana, wykładając na jego akcje 15 mln zł. Nic nie wskazuje na to, by Cacek miał zwolnić tempo. Pod koniec 2008 r. nabył udziały kanadyjskiej spółki biotechnologicznej firmy Helix BioPharma Corp, poszukującej m.in. antidotum na choroby nowotworowe.
Gniewny deweloper
Jerzy Engel junior, Waldemar Fornalik, Dariusz Wdowczyk, Jacek Zieliński, Bogusław Kaczmarek, Dusan Radolsky – to tylko niektóre z nazwisk na długiej liście trenerów piłkarskich, których łączy wspólne doświadczenie współpracy z Józefem Wojciechowskim. Każdy z nich był opiekunem Polonii Warszawa i.. każdy z nich został z niej wyrzucony przez właściciela i założyciela firmy deweloperskiej J.W. Construction. Wojciechowski na salonach polskiego biznesu uchodzi za człowieka, który decyzje podejmuje spontanicznie. Bez skrupułów pozbywa się swoich współpracowników, jeśli ich wyniki go nie satysfakcjonują.
Podczas trzynastu lat pobytu na Florydzie Wojciechowski rozkręcił sprawnie działającą firmę deweloperską. Do Stanów trafił, biorąc udział w zorganizowanej wycieczce dookoła świata, a za pieniądze zarobione na prowadzeniu niewielkich przedsiębiorstw w Szwecji udało mu się uruchomić własny biznes i pozostać po bogatszej stronie żelaznej kurtyny.
Wojciechowski kupował ziemię i budował najpierw pojedyncze domy, swoimi cenami przebijając oferty tamtejszych firm nawet o 30 proc. Taką różnicę polski przedsiębiorca osiągał dzięki sprawnemu zarządzaniu kosztami – zatrudniał na etat tylko jednego licencjonowanego budowlańca, pozyskiwał możliwie najtańsze materiały, na dużą skalę stosował outsourcing, zlecając część prac podwykonawcom. Do kraju Wojciechowski wrócił dwa lata po upadku komunizmu i zaczął poważnie rozważać wejście na rodzimy rynek.
W 1993 r. założył firmę budowlaną pod nazwą JW Construction, dzisiaj – największego w Polsce dewelopera. W przeciwieństwie do większości przedstawicieli rodzimego biznesu Wojciechowski ze swoją branżą związany jest nieprzerwanie od początku działalności. Deweloper zdobył już 20 proc. stołecznego rynku. Może pochwalić się kilkunastoma tysiącami mieszkań i setkami domów wybudowanych w Warszawie, Gdańsku i Łodzi, ale także poza granicami kraju – w podmoskiewskiej Kołomnej. W 2008 r. grupa wypracowała ponad 100 mln zł zysku, a majątek Wojciechowskiego szacowany jest na pół miliarda złotych.
Historia uczy życia
Oszczędności liczone w milionach złotych to dla większości etatowców nieosiągalne marzenia. Własna firma może okazać się wehikułem do bogactwa, jednak rzadko kiedy udaje się osiągnąć sukces w branży, do której przedsiębiorcy brakuje serca i zrozumienia. Historie najbogatszych pokazują, że już prowadzenie swojego biznesu w ulubionej branży samo w sobie może być spełnieniem marzeń.
Grycan najprawdopodobniej produkowałby lody, nawet gdyby popyt na nie pozwalał zaledwie na wynajem małego mieszkania w podniszczonej kamienicy. Wojciechowski pewnie budowałby domy nawet wtedy, gdyby wciąż osobiście musiał nadzorować powstawanie każdego nowego osiedla. Cacek kupił Widzew, chociaż miał doskonały przykład, jak bolesne doświadczenia przynosi swojemu właścicielowi Polonia Warszawa. Najważniejsze to znaleźć miejsce dla siebie. Wówczas to, kiedy pojawią się pieniądze, będzie już tylko kwestią czasu.
- Zrobili biznes na niezwykłym pomyśle
- Student z milionem w kieszeni
- Współtworzył Onet.pl, Grono.net i Merlin.pl
Grzegorz Morawski








Dodaj komentarz







