Czy twoja firma jest start-upem?

Masz ciekawy pomysł na aplikację, która podbije świat? A może chcesz zmienić rynek usług bankowych? By pomysł jak najszybciej przerodził się w dochodową firmę potrzebny jest zastrzyk gotówki. Jak inwestorzy oceniają potencjał start-upów i kto ma szanse taki zastrzyk otrzymać?

Fot. Bankier.pl

“Start-up” stał się modnym słowem. Utożsamia się je z sukcesem, często mając na myśli firmy takie jak Uber, AirBnb czy inne, z których usług korzystają miliony użytkowników na świecie i które rewolucjonizują rynek usług czy finansów. Definicji jest wiele, warto zapoznać się z realnym znaczeniem tego słowa, by uniknąć rozczarowania w momencie kontaktu ze światem venture capital.

Dlaczego sam pomysł nie wystarczy

Pierwsze pytania, które padną podczas spotkania z funduszem będą dotyczyły tego, jak duży i skalowalny jest rynek docelowy rozwiązania oraz czy jest to prawdziwa innowacja. Przydałoby się również, aby autor pomysłu rozpoczął prace nad jego wykonaniem i wtedy może nazywać się już start-upowcem.

Start-upem powinno nazywać się takie firmy, które mają potencjał na zapewnienie odpowiednio dużego zwrotu inwestorom w danym okresie. I tak na przykład dla firmy z nieukończonym produktem (tzw. firma na etapie seed) inwestorzy będą oczekiwali dwudziestokrotnego zwrotu z inwestycji w okresie pięciu lat, a dla firmy z pierwszymi przychodami lub użytkownikami (early-growth), dziesięciokrotnego. Taki potencjał wynika zazwyczaj z dużej skalowalności przedsięwzięcia albo dużego poziomu innowacyjności. Często jest to wypadkowa tych dwóch, a to zawsze jest związane z dużym ryzykiem biznesowym.

Przykład: załóżmy, że mamy firmę X, w którą dzisiaj fundusz typu VC inwestuje 1 mln zł i otrzymuje za to 20% udziałów. Oczekiwanie inwestora jest takie, że za 5 lat taka spółka będzie warta 50 mln zł oczywiście zakładając, że udział się nie zmniejszył (co byłoby bardzo nietypowe bo zakładałoby brak kolejnych rund).

Kiedy start-up staje się firmą

Można założyć, że takim przełomowym momentem będzie zwiększenie zatrudnienia gdzieś ponad 60-100 pracowników. Wiąże się to z koniecznością wytworzenia dodatkowej warstwy zarządczej, co z kolei wymaga wdrożenia formalnych procesów. Tylko tak będzie można dalej efektywnie prowadzić takie przedsiębiorstwo. Coraz trudniej jest utrzymać rodzinną atmosferę, w której każdy każdego zna i wie dokładnie co się w każdym zakątku firmy dzieje. Nie mniej jednak, da się przy tym zachować odpowiednie wartości oraz utrzymać innowacyjną kulturę organizacji. Wymaga to odpowiednich umiejętności managerskich i przywódczych. Mimo wszystko, ze względu na pochodzenie i tożsamość dzisiaj wiele firm nazywamy start-upami, chociaż dawno stały się korporacjami. Tutaj idealnymi przykładami są wcześniej wspomniane Uber czy AirBnB.

Jaki zespół uniknie katastrofy

Zanim jednak start-upowcy staną się tak dojrzałą organizacją i podbiją globalne rynki czeka na nich wiele pułapek. Inwestorzy decydujący się na rozpoczęcie współpracy z firmami na wczesnym etapie rozwoju zwracają szczególną uwagę na potencjał tkwiący w zespole. Oceniają, czy jest on wystarczająco doświadczony, komplementarny i dojrzały. Inwestor chce się upewnić, że za biznesem stoją ludzie, którzy zbudują zespół i zrealizują swoją długoterminową wizję pomimo tego, że to nie zawsze będzie przyjemne i łatwe zadanie.

Kompetencje czysto biznesowe czy techniczne nie są jedynymi warunkami sukcesu. Liczą się też relacje i to, czy założyciele od samego początku potrafią otwarcie rozmawiać o swoich wzajemnych oczekiwaniach, rolach, zaangażowaniu i zakresie odpowiedzialności. Już na wczesnym etapie zespół powinien umieć rozmawiać na trudne tematy. Ważne jest, aby przedsiębiorcy weryfikowali swoje pomysły, nie bali się sięgać po opinię innych i byli otwarci na wiedzę i zmiany. A rozmowy z przedstawicielami funduszy czy aniołami biznesu są cenną okazją do takiej weryfikacji. Może okazać się, że lepiej będzie zaniechać lub zmodyfikować projekt, który nie zapowiada się rozwojowo.

Czy mój start-up jest na czasie

Podczas takich rozmów i spotkań każdy stara się zaprezentować swój projekt w najbardziej atrakcyjny sposób. Ale trzeba tu uważać, by nie przesadzić z autopromocją. W pitchach i prezentacjach pojawia się sporo modnych słów, takich jak: sztuczna inteligencja (Artificial Intelligence), uczenie maszynowe (Machine Learning), nauka o danych (Data Science) czy też blockchain. Wiele start-upów nadużywa tych wyrażeń lub mocno naciąga ich znaczenie licząc na zwiększenie atrakcyjności swojego przekazu. Niestety dla kompetentnego inwestora efekt jest wręcz odwrotny – obniżają w ten sposób wiarygodność przedsięwzięcia.

Druga strona też ocenia

Niezależnie od tego, czy slajdy z opisem naszego projektu zawierają takie hasła jak “blockchain” czy “disruptive” pamiętajmy, że start-upowcy powinni też umieć znaleźć i dobrać sobie odpowiedniego inwestora. Nie tylko sami będziemy oceniani, ale również my będziemy weryfikować czy dany fundusz oferuje prawdziwe “smart money”. Ważne jest, aby inwestorzy byli wiarygodnymi i wspierającymi partnerami, do których można wrócić z sukcesami jak i problemami. Warto zasięgnąć opinii na rynku, zanim zdecydujemy się konkretnego inwestora oraz myśleć o współpracy długoterminowo, nie tylko w kontekście najbliższej rundy finansowania. Bo w końcu obu stronom chodzi o to, by z obiecującego start-upu stworzyć stabilną, dochodową firmę.

Przeczytaj także na MamBiznes.pl

Tomasz Cichowicz, partner w Luma Ventures

Komentarze

Dodaj komentarz

*
*