Twórcy marki John Lemon: sprzedaliśmy kilkadziesiąt milionów butelek naszych napojów

Pomysł na biznes w głowach dwójki przedsiębiorców zrodził się podczas jednego z festiwali muzycznych. Ich początkowa inwestycja we własny biznes wynosiła po 500 zł na osobę. Jak sami mówią bardziej liczyła się pasja i dererminacja. W ciagu 7 lat działalności sprzedali kilkadziesiąt milionów butelek napojów swojej produkcji. Robert Orszulak, Daniel Hozumbek, twórcy takich marek jak: John Lemon czy Yerbate opowiadają czytelnikom MamBiznes.pl, o tym jak rozkręcili swój biznes oraz o sporze z Yoko Ono i konieczności zmiany nazwy. . 

Grzegorz Marynowicz: Od kiedy prowadzicie biznes pt. John Lemon i skąd pomysł na taki biznes?

Robert Orszulak, Daniel Hozumbek : Prowadzimy. Dlaczego w osobie mnogiej? Dlatego, że od samego początku czyli dokładnie od 04.09.2010 r działam razem z moim wspólnikiem Danielem Hozumbkiem. Tak naprawdę był to impuls.  Na jednym z muzycznych festiwali spróbowaliśmy alternatywnego napoju na bazie Yerba Mate pochodzącego z Berlina. Po niespełna dwóch latach, za namową naszych klientów zdecydowaliśmy się na własny projekt Yerbata oraz John Lemon. Pierwsza polska lemoniada na bazie Yerba Mate oraz John Lemon o smaku rabarbarowym.

Jak wyglądały początki firmy? 

Początki zawsze bywają najtrudniejsze. Codzienne wizyty w lokalach, rozładunki i załadunki towarów, a następnie dostawy to był nasz chleb powszedni. Mając jeszcze mało wchodziliśmy w pierwsze eventy gdzie promowaliśmy nasze produkty. Nie było łatwo, ale pasja zwyciężała najtrudniejsze chwile. Nasza firma od początku mieściła się w Katowicach i tak naprawdę przez 3 lata pracowaliśmy głównie sami. Dopiero po tym czasie zatrudniliśmy pierwszych pracowników. Popełnialiśmy błędy, ale na szczęście małe za, które mało zapłaciliśmy. Zawsze patrzymy do przodu i nie rozpamiętujemy błędów czy porażek.

Jakiej inwestycji wymagało uruchomienie działalności?

Inwestycja nie była duża, a wręcz znikoma. Wkład finansowy w firmę wyniósł po ponad 500 zł na głowę. Liczyła się pasja, chęć i determinacja. Pierwsze wynagrodzenie wypłaciliśmy sobie po 9 miesiącach działalności. Proszę mi wierzyć, że było naprawdę ciężko, ale daliśmy radę.

Jak to wygląda od kuchni? Domyślam się, że nie macie własnej rozlewni tylko zleca produkcję na zewnątrz?

Dokładnie tak. W dzisiejszych czasach to dobre rozwiązanie. Tak naprawdę mocno uczestniczymy w procesie produkcyjnym, gdyż chcemy i mamy kontrolę nas każdym procesem produkcyjnym począwszy od zakupu surowca skończywszy na wyprodukowaniu napoju rozlewanego do butelki.

Pamiętacie kto był pierwszym klientem? Od kogo przyszło pierwsze zamówienie na napoje John Lemon?

Oczywiście. To nasi stali klienci z Katowic i Krakowa. Ciężko wymieniać tu jednego. Wszyscy sa ważni i dbamy tak samo o mniejszego czy większego klienta. Jego zadowolenie to nasze zadowolenie.

Kto jest głównym odbiorą Pana napoju? Gdzie najlepiej sprzedaje się John Lemon?

Nasze produkty można spotkać głównie w lokalach gastronomicznych choć wiemy również, że kilka sklepów delikatesowych też ma je w swojej ofercie. Nadal rozwijamy ten kanał i staramy się dbać o jakość produktów i serwisu. Chcemy aby coraz więcej osób mogło dotrzeć i spróbować Lemona czy Yerbate , Matchbate czy Rooibate. Na dzień dzisiejszy naszymi głównymi ośrodkami sprzedaży to duże miasta choć coraz częściej widać nas w mniejszych miejscowościach. To bardzo pocieszające, że świadomość klientów tak mocno się rozrasta.

Ile punktów w tej chwili zaopatrujecie w swój napój? Odbywa się to bezpośrednio czy za pośrednictwem hurtowni? Jak wygląda logistyka w tego typu biznesie?

Ciężko mówić tu o punktach gdyż nasz model opiera się na współpracy z dystrybutorami. Jest ich kilkudziesięciu i cały czas przybywa. Nasza logistyka opiera się na zewnętrznych firmach specjalizujących się w tego typu przewozach. Począwszy od drobnicowego, skończywszy na frachcie.

Porozmawiajmy chwilę o liczbach. Czy liczył Pan ile butelek do tej pory sprzedaliście?

Liczby to ciężki temat. Wiele składowych wpływa na finalny wynik. Część produktów przekazywanych jest na eventy, część do sprzedaży itd. Myślę, że od początku działalności sprzedaliśmy kilkadziesiąt milionów Lemonów. Yerbaty, Matchbaty i Rooibaty. Jest dobrze, a ma być jeszcze lepiej. Wszystko to też zasługa naszych wspaniałych ludzi, z którymi się związaliśmy.

Ostatnio zrobiło się głośno o Pana marce w związku z ewentualnym procesem ze strony spadkobierców Johna Lennona. Dużo jest tutaj zamieszania więc proszę opowiedzieć jak to na prawdę jest. Dlaczego decydowaliście się na rebranding i zmianę na On Lemon?

Głośno to za dużo chyba powiedziane, choć fakt jest bezsporny, że Pani Yoko Ono faktycznie wystąpiła do nas z wnioskiem do Sądu w Hadze. Z naszej perspektywy należy przyznać, że prawnicy Yoko Ono doskonale przygotowali się do postępowania przeciwko firmie John Lemon. Yoko Ono zaangażowała wielką międzynarodową kancelarię, która przygotowywała strategię przez ponad pół roku – to jest ogromna ilość czasu aby dobrze rozeznać temat. Z kolei pomiędzy pierwszym sygnałem, który otrzymała firma John Lemon – było to przedsądowe wezwanie – a doręczeniem pozwu przez Sąd w Hadze minęło zaledwie kilka dni. Pierwsze posiedzenie sądu, na którym miała zostać rozstrzygnięta kwestia zakazu produkcji i sprzedaży napojów John Lemon miało się odbyć miesiąc po tym jak w ogóle dowiedzieliśmy się o roszczeniu Yoko Ono.

Uwaga! Prowadzisz własny biznes i chcesz o nim opowiedzieć? Napisz prosimy na kontakt@mambiznes.pl. Chętnie opiszemy Twoją historię

Nieprzypadkowo prawnicy Yoko Ono zdecydowali się skierować sprawę do sądu w Hadze. Zgodnie z tamtejszym prawem w procesach z zakresu ochrony własności intelektualnej nie obowiązują limity kosztów procesu, które zasądzają sądy. Mając na uwadze stawki prawników Yoko Ono, mogłoby się okazać, że w przypadku niekorzystnego wyniku sprawy tymi kosztami obciążono by nas. Same tylko koszty procesu mogłyby przekroczyć koszt rebrandingu, do którego firma John Lemon się zobowiązała się w ugodzie. Wydaje się, że żadnego polskiego, racjonalnego przedsiębiorcy nie stać na podjęcie takiego ryzyka.

Oczywiście należy mieć na uwadze, że każda ze stron tego sporu miała swoje racje i argumenty. Argumenty Yoko Ono były dla nas zrozumiałe, natomiast, w naszej ocenie John Lemon dysponował silnymi kontrargumentami. Przede wszystkim mam na myśli zarejestrowanie w lutym 2014 r. przez Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej prawa do znaku towarowego John Lemon na rzecz naszego klienta. Yoko Ono wystąpiła z wnioskiem o rejestrację znaku towarowego John Lennon dopiero w sierpniu 2016 r. Gdybyśmy nie widzieli ryzyka nie rekomendowalibyśmy zawarcia ugody, na warunkach które zostały wynegocjowane. Należy pamiętać, że do sądu nie zawsze idzie się po sprawiedliwość, ale czasem po wyrok. Szczególnie należy mieć to na uwadze, gdy jedna ze stron sporu ma nieograniczone zasoby finansowe pozwalające na prowadzenie postępowania przez wiele lat, na całym świecie.

Co istotne dzięki wynegocjowanej ugodzie firma John Lemon mogła skupić się na swojej działalności i pasji, zyskała czas na rebranding i czas na wyprzedaż produktów pod marką John Lemon a także nie traciła zasobów na proces. Dzięki temu lemoniady John Lemon były dostępne przez cały sezon letni – w przypadku wdania się w spór sądowy istniało ryzyko zablokowania produkcji i sprzedaży produktów pod marką John Lemon.

Na marginesie należy zaznaczyć, że w lipcu br. batalię z Yoko Ono przegrał Heineken, który miał prawo do znaku towarowego John Lemon na terenie Hiszpanii. To tylko potwierdza, że prowadzenie sporu sądowego wiązało się z ogromnym ryzykiem.

Z perpektywy czasu były jakieś momenty, w których zrobiłby Pan coś inaczej z tym biznesem?

Dobre pytanie. Myślę, że nie. Każda sytuacja była dobrą szkołą biznesu obojętnie jakie miała skutki.

Jakie czynniki muszą być spełnione, by osiągnąć sukces w tej branży?

Ciężko tu być doradcą. Dla nas to przede wszystkim być sobą i robić z wszystko z serca, a nie tylko być nastawionym na osiągnięcie korzyści finansowych. Przeczytaj inne historie sukcesu na MamBiznes.pl:

Rozmawiał Grzegorz Marynowicz

Komentarze

ab17pl

25 września 2017 Odpowiedz

Oni mają trochę rację z tymi wieloletnimi procesami, ja miałem w USA firmę która prowadziła portal społecznościowy facebook, wygrałem proces o znak towarowy facebook w Denver ale i tak musiałem się wycofać. Podobnie było z Orange w Polsce rok się utrzymałem ale na drugi rok po prostu France Telecom znak towarowy Orange i domenę orange.pl po prostu mi ukradli i to ja musiałbym im te aktywa odbierać – jesteśmy jak małe robaczki dla kapitału zachodniego które oni mogą bez obaw rozdeptać.

sds

25 września 2017 Odpowiedz

9 zł za małą butelkę lemoniady tylko w Polsce…wyobrażacie sobie np., w Niemczech 9 euro za buteleczkę jakiejś lemoniady trochę lepszej od zwykłej ? no raczej ciężko

Komentarze

Dodaj komentarz

*
*