Polak robi e-biznes w Wielkiej Brytanii

Na miejsce swojego biznesu wybrał Wielką Brytanię. W planach ma także utworzenie zespołów w Singapurze i Dolinie Krzemowej. Polak, który z powodzeniem zdobywa klientów konkurując z globalnymi projektami. O tym jak prowadzić biznes za granicą, specyfice rynku brytyjskiego oraz radach dla polskich startupów mówi Maciej Michalski, współtwórca projektu Confected.com.

Rozmawia Grzegorz Marynowicz: Jak to się stało, że rozpocząłeś biznes w Wielkiej Brytanii?

Nasza firma od początku było pomyślane jako globalny biznes i nigdy nie interesował nas wyłącznie rynek polski czy angielski. Nasz zespół podzielony jest obecnie pomiędzy Londyn i Warszawę i mogliśmy zarejestrować działalność w dowolnym z tych krajów. Wybraliśmy UK z dwóch powodów – start jest łatwiejszy i tu mamy większość klientów. 

Skąd pomysł na taką działalność?

Do stworzenia Confected zainspirowała nas konferencja TEDxWarsaw, którą założyłem z grupą przyjaciół, w tym z Adamem Liwińskim, współtwórcą Confected. Podczas pierwszej edycji konferencji (300 osób) zobaczyliśmy kilka istotnych problemów, z którymi borykają się uczestnicy. Były to na przykład chaos kiedy zmienia się agenda, niedostateczna komunikacja czy brak dobrych narzędzia do networkingu. Postanowiliśmy rozwiązać te problemy, a rozwiązanie sprzedać organizatorom eventów i wycieczek.  

Na czym polega Wasza działalność? Do kogo kierujecie swój produkt?

Oferujemy klientom dwa produkty:

– Confected Conference – to aplikacja mobilna wspomagającą eventy. Poprzez nią pomagamy uczestnikom poznać osoby, które są dla nich istotne na danym evencie, znaleźć interesujące wystąpienia czy łatwo skomunikować się z organizatorem.

– Confected Travel – aplikacja mobilna używana podczas wycieczek. Uczestnicy mogą poznać się i zaprzyjaźnić jeszcze przed wyjazdem. Narzędzie umożliwia dobieranie się w grupy a dla organizatorów dodatkowe dochody z atrakcji, które dokupią klienci (np dodatkowych grupowych wycieczek). 

strona główna aplikacji Confected.com

 

Ile trwała rejestracja firmy i pozostałe formalności. Czy możesz opisać w szczegółach jak to wyglądało?

Zaczęliśmy od zarejestrowania działalności jako self-trading. To jest najlepsze na start, bo wymaga jedynie założenia konta biznesowego w banku, które najczęściej przez pierwsze 1-2 lata jest bezpłatne. Później w przeciągu 3 miesięcy trzeba się samemu zarejestrować w urzędzie podatkowych. Są bardzo dokładne poradniki na stronie urzędu jak to robić. Można wszystko zrobić pocztą albo przez internet. Cała rejestracja w ten sposób zajęła kilkadziesiąt minut. Konto zostało otwarte w przeciągu kilku dni. Mogliśmy zacząć interesy z klientami, a rejestrację odłożyć na nieco później, kiedy będziemy mieć więcej czasu. 

Czy możesz porównać pracę urzędników w UK do polskich? Czy napotkałeś na jakieś trudności?

Większość rzeczy załatwia się przez internet albo przez telefon. Udział człowieka jest na prawdę bardzo mały, ale nawet jeśli jest to urzędnicy są niezwykle życzliwi – zawsze chętni do pomocy. Inna sprawa, że nie zawsze są kompetentni.

Czy konkurencja jest duża i w czym jesteście od niej lepsi?

Konkurencja istnieje, ale nie zdecydowalibyśmy się walczyć o klientów, gdybyśmy nie wierzyli, że nasz produkt jest w kilku punktach lepszy niż rozwiązania konkurencji. Przede wszystkim stawiamy na prostotę i minimalizm. Większość konkurencyjnych firm przeładowuje swoje aplikacje ficzerami i w rezultacie nie wiadomo o co chodzi. Użytkownik gubi się. Konferencje to bardzo dynamiczne miejsca – nie ma czasu na zastanawianie się jak czegoś użyć czy gdzie coś znaleźć.

Oprócz tego dbamy o obsługę klienta. W przeciwieństwie do większych konkurentów, u nas nie trzeba czekać kilku godzin na odpowiedź. Staramy się być ekstremalnie agile&lean. Kolejny element to to, że ciągle ulepszamy nasz produkt i wypuszczamy nowe rozwiązania. Bierzemy przykład z 37signals i tego jak podeszli do swojego produktu  Basecamp – prostota, focus, własna droga. Zresztą jeden z partnerów 37signals, razem z Timem O’Reilly, byli osobami, z którymi konsultowałem produkt. 

Czy chcecie ruszyć także na inne rynki europejskie? Jakie macie plany? 

Póki co mamy urwanie głowy w Londynie i Warszawie, i jesteśmy na etapie zatrudniania kolejnych pracowników żeby nie tylko sprzedawać istniejący produkt, ale również pracować nad nowymi. W planach na kolejne miesiące mamy utworzenie teamu w Singapurze i Dolinie Krzemowej. W każdym z tych miejsc co najmniej jeden partner odpowiedzialny będzie osobiście za najwyższą jakość sprzedaży.

Ważne jest również to, że nie chcemy tworzyć startupa, który zostanie sprzedany za 3 lata. Razem z partnerami w firmie – Adamem i Kacperm – postanowiliśmy stworzyć tzw „long-lasting company”. Mam na myśli firmę, która będzie umiała się redefiniować. Chcemy żeby od początku to było w jej DNA. Kiedy Confected Conference przestanie się sprzedawać, jestem pewien, że będziemy mieć już kilka innych świetnych produktów, niekoniecznie dotyczących eventów. 

Czy możesz powiedzieć coś na temat specyfiku rynku brytyjskiego?

W UK jest świetna kultura biznesu – tzn jest przekonanie, że nie ma pracy za darmo. Praca ma swoją cenę. Ludzie są przyzwyczajeni do płacenia za dobre produkty. Choć niestety nie ma znanej z Doliny Krzemowej kultury pay-it-forward, to i tak atmosfera do robienia deali jest diametralnie różna od tej w Polsce. Muszę przyznać, że jest nam dużo łatwiej o duży kontrakt w Londynie niż w Warszawie. Natomiast oszuści są wszędzie i nawet w Londynie zostaliśmy raz oszukani przez organizatorów dość dużego eventu. 

Czy możesz się pochwalić wynikami firmy?

Przychody w ostatnich miesiącach wzrastały nam z każdym kolejnym kontraktem o około 200%. Ale sądzę, że to niedługo się ustabilizuję. Te ostatnie wyniki bazowały na tym, że zaczęliśmy być bardzo popularni wśród akademickich konferencji w UK. Średnia ilość użytkowników to 450-500 na event. W marcu obsłużyliśmy około 4-5 eventów. 

Co mógłbyś poradzić osobom, które myślą o stworzeniu produktu na rynki zagraniczne?

To zależy czy koniecznie chcą pozyskać inwestora i czy chcą sprzedać firmę za klika lat. Jeśli tak, to warto popatrzeć na już istniejące rynki. Jak mówi Don Valentine, stworzenie rynku jest najczęściej zbyt kosztowne. Zawsze znajdzie się miejsce na jakiś mały produkt. Ważne jest również żeby mieć  otwarty oczy i uszy, i słuchać co dzieje się na całym świecie, a nie tylko na naszym podwórku i naszych startupweekendach. Warto podróżować i zobaczyć jak ludzie w innych krajach używają technologii (szczególnie jak robią to ludzie w różnym wieku). 

UWAGA! Jeśli prowadzisz ciekawy biznes w Polsce lub za granicą i chcesz o nim opowiedzieć czytelnikom MamBiznes.pl napisz na adres kontakt@mambiznes.pl.

Natomiast jeśli ktoś chce założyć firmę na dłuższy czas, to wydaje mi się, że powinien myśleć o całym biznesie, nie tylko o produkcie. I być wrażliwym na to co dzieje się w około niego. No i powinien stworzyć DNA. 

W wolnym czasie lubię?

Podróżować z moją dziewczyną.

– Polak założył firmę w Anglii i sprzedaje na cały świat

Dziękuję za rozmowę.

foto: źródło: jangolinski.pl

Komentarze

Dodaj komentarz

*
*