Polak opowiada, jak się przebić ze swoim pomysłem w USA

O tym, dlaczego lecąc do Stanów Zjednoczonych ze swoim pomysłem na biznes trzeba przygotować kilka wersji prezentacji oraz jak nie stracić uwagi inwestora już w pierwszych minutach spotkania rozmawiamy z Andrzejem Targoszem, prezesem Proidea sp. z o.o. oraz CEO Eventory – aplikacji, którą przedstawiał w ostatnich tygodniach amerykańskim przedsiębiorcom.

W Stanach byłeś wiele razy, a ostatnio wybrałeś się tam jako przedsiębiorca z własnym start-upem. Czy zauważyłeś różnice w podejściu do prowadzenia biznesu tam w porównaniu do naszego rynku?

Andrzej Targosz: Moim głównym wnioskiem z licznych pobytów w Stanach jest to, że ludzie są tam bardzo otwarci na wymianę opinii, poglądów i konstruktywną krytykę. To element, który odróżnia tamtejszych start-upowców od naszych – w Polsce wciąż boimy się krytyki oraz stronimy od otwartego przyznania się do błędu. Inną cechą odróżniającą rynek USA od naszego jest tempo rozwoju, które determinuje zachowania. Możliwości rozwijania biznesu w Stanach są ogromne, ale i konkurencja jest większa, dlatego każdy inwestor boi się, że sprzed nosa ucieknie mu okazja czy prawdziwa perełka – przecież mało kto wierzył na początku, że Facebook może stać się tak potężnym biznesem. Do tego dodałbym jeszcze jeden wniosek – ludzie starają się być skromni – nigdy nie wiesz, czy znajomi z konferencji nie okażą się kolejnymi Markami Zuckerbergami i czy nie zrazimy ich do siebie. Do czasu, aż nie będziemy guru, to cnota pokory (nie mylić z brakiem pewności i umiejętności autoprezentacji) będzie zaletą.

Czy w obrębie samych Stanów różnice kulturowe w podejściu do biznesu są zauważalne?

Tak, niejednokrotnie trzeba mieć przygotowane odrębne prezentacje, które pokazują dane z innego punktu widzenia – w różnych częściach USA różną wagę przywiązuje się do modelu biznesowego, do planów marketingowych, planu akwizycji użytkowników etc. Sam tego na początku nie wiedziałem i w trakcie mojego pobytu w USA zmieniałem przygotowaną wcześniej prezentację. Ogólnie rzecz biorąc zachodnie wybrzeże to kolebka wizjonerów technologicznych i ludzie bardziej skupiają się na zespole i wizji – trzeba mówić przekonująco, nakreślać wizję, opowiadać o swoim start-upowym teamie. Na wschodnim wybrzeżu (NY) z kolei zwraca się uwagę na cyfry i wskaźniki biznesowe, jak np. skalowalność i tempo osiągnięcia ROI (ang.return on investment – zwrot z inwestycji). Jest to podział kulturowy, który z czasem się pewnie zatrze, ale póki co jeszcze funkcjonuje.

W Polsce jesteś inwestorem i mentorem, który znany jest w ścisłym gronie osób obeznanych z polską sceną start-upową. Niemniej ostatnio sam miałeś okazję postawić się w roli polskiego start-upowca i stanąć przed amerykańskimi inwestorami. Jak wygadało twoje pitchowanie Eventory (aplikacji usprawniającej proces organizacji i promocji eventów)? Miałeś umówione wcześniej spotkania? Od czego zacząłeś, gdzie się udałeś?

Pitchowanie Eventory podzieliłem na dwa etapy. Pierwszym z nich było zbieranie feedbacku od doświadczonych przedsiębiorców. Próbowałem zrozumieć, na co amerykański biznes zwraca uwagę. Oczywiście przed wyjazdem włożyłem dużo pracy w research, po którym nastąpiły próby umówienia się na spotkania. Po potwierdzeniu spotkań pojechałem z gotową, przećwiczoną prezentacją – którą potem edytowałem, jak wspominałem wcześniej. Spotykałem się średnio z trzema inwestorami dziennie. Zacząłem od NYC, a skończyłem w Silicon Valley, gdzie dodatkowo umawiałem spotkania będąc już na miejscu – otwartość Amerykanów na współpracę przy dojrzałych, gotowych biznesach jest bardzo duża i chętnie zgadzali się na spotkania ze mną. 

 

Czy spotkani przez ciebie inwestorzy dawali jasną odpowiedź zwrotną? Jak oceniałeś, czy udało się ich zainteresować?

To, czy się spodobałeś czy nie, widać po chemii, jaka nawiązuje się między rozmówcami. Niesamowite jest wyjście ze stref ukrycia i sekretów do pełnej otwartości i rozmów w kawiarni czy na meczu NBA o poważnych biznesach. Podczas takich rozmów najważniejsze jest to, aby founder miał jasny cel i przekaz, z jakim chce trafić do rozmówcy. Jeśli będziemy mówić niejednoznacznie, to zabieramy cenny czas i powodujemy zniechęcenie drugiej strony.

Jak w takim razie zacząć rozmowę z inwestorem, by nie stracić jego uwagi już na początku?

Trzeba przede wszystkim mówić otwarcie i szczerze, ale też odrobinę, w granicach rozsądku, PR-owo koloryzować. Na pewno trzeba być pewnym swojej wizji i atutów oraz tego, co wyróżnia nasz produkt od innych. Nie bójmy się też rozmów o modelu biznesowym i nie ukrywajmy zagrożeń. Każdy biznes to ryzyko i inwestorzy doskonale zdają sobie z tego sprawę – bardziej docenią naszą szczerość i znajomość rynku, niż bezpodstawne superlatywy. To trochę tak, jak z zakładem mechaniki samochodowej. Czy jak naprawiamy swoje ulubione auto, to idziemy to mechanika, który musi doczytać instrukcję, czy też bardziej ufamy osobie, która zna nasz model samochodu, zna historię modeli i wie dokładnie, co w duszy gra? Tak patrzą inwestorzy – muszą wierzyć, że jesteśmy mechanikiem z pasją.

Czy każdy może liczyć na rozmowę w kawiarni czy podczas meczu? Trzeba być przygotowanym na takie towarzyskie spotkania?

Tak, moim zdaniem tak. Poważne rozmowy w luźnej atmosferze to standard i lecąc do Stanów, start-upowiec nie powinien się dziwić takim propozycjom, ani tym bardziej im odmawiać. W USA jest mnóstwo nieformalnych spotkań. Jeśli tylko mamy odwagę i przełamiemy wstyd, to drzwi do sukcesu stoją otworem.

– Polak zarobił miliony w USA

– Polak rozwija biznes, który wypatrzył w USA

Rozmawiała Sylwia Wojtas

Web.gov.pl

Komentarze

Avatar

waldemar

16 lipca 2015 Odpowiedz

Znam świetnie angielski,ale wstydziłbym sie uzywać angielskich słów w polskojezycznym tekscie(żenujace przykłady to „pitchowanie”,”feedback”,”research”,itd..Dla mnie to zenada i żle swiadczy o kolesiu,który sądzi,że zaimponuje..(chyba miernotą intelektualną i refleksyjna tandetą)

Komentarze

Dodaj komentarz

*
*