Założył firmę poszukującą przodków. „To moje główne źródło dochodów”

Zleceń zawsze mogłoby być więcej (śmiech). Zainteresowanie usługami poszukiwania przodków rośnie, lecz dostęp do źródeł też jest coraz łatwiejszy. W ciągu dwóch lat wykonałem pewnie około 200 mniejszych bądź większych zleceń dla kilkudziesięciu klientów – mówi Alan Jakman
. Jego pomysłem na biznes są poszukiwania przodków i korzeni. Założyciel firmy przyznaje, że to jego główne źródło dochodu i opowiada o swoim najtrudniejszym zleceniu oraz zapytaniach od klientów, które zmuszony był odrzucić. 

Grzegorz Marynowicz: Opowiedz proszę na czym polega Twoja działalność?

Alan Jakman: Wykonuję pełne poszukiwania genealogiczne, ale też konkretne kwerendy w archiwach państwowych i parafialnych. Od czasu do czasu prowadzę także wykłady bądź warsztaty genealogiczne.

Skąd pomysł na biznes pt. More Maiorum. Poszukiwacze korzeni?

Od lutego 2013 roku prowadzę jedyny w Polsce miesięcznik genealogiczny More Maiorum. Z każdym rokiem rosła liczba zapytań kierowanych do redakcji o możliwość zlecenia poszukiwań przodków. W pewnym momencie zdecydowałem się spróbować, czy taka działalność faktycznie „wypali”.

Czy zajmujesz się zawodowo genealogią? Dlaczego taka branża i zainteresowania?

Genealogią interesuję się już około 10 lat. Chyba każda z osób zajmująca się zawodowo genealogią wyrosła z amatorskich poszukiwań. Moi przodkowie pochodzą z różnych regionów Polski w granicach sprzed 1939 roku, ale także spoza granic kraju. To pozwoliło mi poznać różne źródła i zaznajomić się ze specyfiką badań archiwalnych w każdym z trzech zaborów. Chciałem więc móc podzielić się swoimi umiejętnościami i wiedzą, którą nieustannie gromadzę, z innymi. Nie tylko poprzez wykonywanie samych poszukiwań, ale także prowadzenia, często nieodpłatnie, wykładów, prelekcji i warsztatów z zakresu szeroko rozumianych badań genealogicznych.

W dobie szybkiego życia nie każdy ma czas, by prowadzić samodzielnie poszukiwania przodków. Choć jest to coraz łatwiejsze, między innymi poprzez udostępniania zdigitalizowanych archiwaliów w Internecie, nadal trzeba poświęcić wiele czasu, by posiąść pewne umiejętności. Badania genealogiczne są taką samą usługą jak każda inna. Niech przykładem będzie remont mieszkania: możemy samodzielnie położyć płytki w kuchni, ale jednak z jakichś powodów częściej zlecamy to zadanie fachowcowi: bo zrobi to szybciej, lepiej i profesjonalnie.

Jak to wygląda od kuchni? Przychodzi do Ciebie klient, który chce odszukać swoich przodków i co dalej? Spisujecie jakąś umowę? 

Najczęściej kontakt klienta ze mną odbywa się drogą elektroniczną bądź telefoniczną. W przypadku, gdy osoba zainteresowana poszukiwaniami, szczególnie z okolic mojego miejsca zamieszkania, posiada dokumenty rodzinne, możliwy jest dojazd do klienta.

W pierwszym kroku pytam przede wszystkim o to, jakie informacje o przodkach ma klient. Im więcej posiada dokumentów, zna dat, imion i nazwisk, tym łatwiej rozpocząć badania.

Po otrzymaniu danych, wykonuję wstępne, bezpłatne, poszukiwania, aby rozeznać się, w jakich miejscach znajdują się niezbędne archiwalia. Po zdecydowaniu się na zrealizowanie zlecenia, informuję klienta o proponowanych kierunkach badań i szacunkowych kosztach. Po zaakceptowaniu warunków, przystępujemy do poszukiwań. Jeśli klient chciałby podpisać umowę na papierze, jest taka możliwość. W znacznej większości jednak szczegóły omawiane są mailowo.

Duże projekty, obejmujące np. poszukiwania wszystkich przodków, zawsze dzielone są na etapy, po pierwsze ze względu na logistykę prowadzonych działań, a po drugie, aby koszty badań nie były jednorazowym dużym wydatkiem dla klienta. Pełne badania mogą trwać nawet rok albo dłużej, szczególnie że w ich trakcie może okazać się, że dalsze kierunki poszukiwań są całkiem inne niż początkowo zakładaliśmy. Po każdym zrealizowanym etapie klient jest informowany o dalszych krokach.

Czy klient płaci niezależnie od końcowego sukcesu czy może płatność uzależniona jest od wyników Pana poszukiwań?

Zawsze staram się, by poszukiwania w jak najszerszym stopniu były efektywne. Nie zawsze jest jednak możliwość, by przewidzieć pewne sytuacje, chociażby to, że praszczur klienta pochodził jednak z parafii oddalonej od tej właściwej o kilkaset kilometrów. Zawsze też informuję o ryzyku niepowodzenia, jakie mogą nieść za sobą poszukiwania. Przykładowo, kiedy klient wie tylko, że prababcia urodziła się we Lwowie, nie znając ani adresu zamieszkania, ani wyznania, trzeba przeprowadzić kwerendę w kilkudziesięciu parafiach, nie mając pewności, czy np. nie urodziła się „gdzieś w okolicy Lwowa”, a nie w samym mieście.

Poza tym w genealogii brak informacji, to także pewna przesłanka. Jeśli szukany przodek był bardzo mobilny i przenosił się z jednej wsi do drugiej, informacja o tym, że nie został odnotowany w spisie ludności jest dla nas poszlaką, by szukać go w innej miejscowości.

Czy zdarza się odmówić realizacji zlecenia? Co o tym decyduje?

Najczęściej wyznacznikiem jest rejon poszukiwań. Badania na pomorzu czy dawnej grodzieńszczyźnie nie są moją mocną stroną i raczej ich unikam. Odmawiam też tych zleceń, kiedy klient oczekuje, że odnajdę mu „szlacheckich przodków”. Swoje poszukiwania opieram tylko i wyłącznie na źródłach, a co w nich znajdę – tego nie wiem. Trudno więc tworzyć sfalsyfikowane wywody przodków tylko dlatego, by w ramce pojawił się wymarzony Pułaski czy Czartoryski. To nie ma nic wspólnego z genealogią.

Czy jest zainteresowanie takimi usługami? Jesteś zadowolony z liczby zleceń? Ilu klientów obsłużyłeś do tej pory?

Zleceń zawsze mogłoby być więcej (śmiech). Zainteresowanie tego typu usługami rośnie, lecz dostęp do źródeł też jest coraz łatwiejszy. W ciągu dwóch lat wykonałem pewnie około 200 mniejszych bądź większych zleceń dla kilkudziesięciu klientów. Niektóre były projektami „jednodniowymi”, polegającymi tylko na szybkiej kwerendzie w archiwum lub tłumaczeniu metryk, inne znacznie dłuższymi, pełnymi poszukiwaniami, trwającymi ponad rok albo i dłużej.

Z jakimi barierami wiąże się taka działalność? Jakie miałeś najtrudniejsze zlecenie? Czego dotyczyło? 

W zasadzie dla osoby prowadzącej tego typu działalność nie powinno być żadnych barier. O ile dla osoby amatorsko zajmującej się badaniami problemem może być język, w którym spisane są dokumenty albo odległość od archiwum, o tyle dla zawodowych genealogów nie powinna być to żadna przeszkoda. Często jednak kłopotem może być dotarcie do źródeł, szczególnie jeśli np. akta metrykalne znajdują się wyłącznie w kancelarii parafialnej, a ksiądz nie chce ich udostępnić. Wówczas nie zawsze jest możliwość kontynuacji badań i trzeba czekać „na lepsze czasy”.

Najtrudniejsze zlecenia są chyba tymi najciekawszymi. Jedno z nich dotyczyło odnalezienia miejsca urodzenia pradziadka klientki, który przybył do Chile gdzieś z terenu Polski. Jak się okazało, mężczyzna wpierw przypłynął do Peru z Hamburga, a dopiero potem na stałe osiadł w Chile. Wiemy, że urodził się we Lwowie, lecz nadal szukamy parafii jego narodzin. Wieści te udało się ustalić między innymi na podstawie list emigracyjnych i akt metrykalnych z Chile.

Czym dysponujesz czego nie mają rodziny, by samemu zgłębiać swoje korzenie? Masz jakieś źródła informacji niedostępne dla innych? Jak wygląda takie poszukiwanie korzeni w praktyce?

Myślę, że kluczem jest tutaj znajomość źródeł, a ta bierze się z praktyki. Czasami istotne informacje mogą być ukryte w najmniej spodziewanych miejscach. Nie wiedząc, że np. w aktach gmin można odnaleźć wszelkiego rodzaju spisy ludności, nasze poszukiwania mogą okazać się „niemożliwymi”.

Dla genealoga najważniejszym źródłem są akta metrykalne, czyli metryki urodzeń, ślubów i zgonów. W nich znajdują się podstawowe informacje o przodkach, jak imię, nazwisko, zawód, wiek i tym podobne, choć w zależności od zaboru zasób zawartych danych może się różnić. Na przykład w Galicji od ok. 1860 roku w aktach narodzin zapisywano rodziców (a czasami nawet dziadków) ojca i matki chrzczonego dziecka. Mając więc jeden dokument, znamy już dwa kolejne pokolenia. Inaczej było w zaborze pruskim, gdzie w tym samym czasie oprócz imienia, nazwiska i zawodu rodziców nie dowiemy się o nich nic więcej.

Najprościej ujmując: kiedy odnajdujemy akt urodzenia przodka, następnie szukamy aktu ślubu jego rodziców, później akt urodzenia rodziców, akt ślubu ich rodziców i tak dalej. Oczywiście to duże uproszczenie i nie zawsze wszystko jest tak łatwe do odnalezienia. Czasami, by odszukać właściwy trop, trzeba przeszukać kilka parafii wokół. Im rodzina prowadziła bardziej osiadły tryb życia, tym poszukiwania stają się bardziej efektywne. Trzeba również zaznajomić się z wydarzeniami historycznymi, które mogły mieć wpływ na życie rodziny. Ważny jest również wykonywany zawód przodków – młynarze czy owczarze bardzo często zmieniali miejsce zamieszkania, często wzdłuż płynącej rzeki. W takiej sytuacji trzeba posiłkować się innymi archiwaliami, jak dawna prasa, spisy gospodarzy, wykazy wiernych czy też publikacjami na temat lokalnej historii danej miejscowości.

Od czego zależy koszt takiej usługi? 

Najczęściej od zakresu poszukiwań (czy szukamy tylko konkretnego fragmentu drzewa, czy wszystkich przodków, czy może przodków i ich rodzeństwa), ale także rejonu poszukiwań i dostępności źródeł.

Czy z takiego biznesu da się wyżyć? Czy to jedyne Twoje źródło utrzymania? 

Zależy od tego, kto ma jaki standard życia (śmiech). W tej chwili jest to moje główne źródło dochodu.

Rozmawiał Grzegorz Marynowicz