Jak wieczny student został miliarderem

Napój jak każdy inny wydawać by się mogło patrząc na srebrno-fioletową puszkę Red Bulla. Mimo, iż mało jest osób, które nie znają specyficznego smaku tego napoju to niewiele z nich wie, że twórcą jego potęgi jest Dietrich Mateschitz. Najbogatszy Austriak, a kiedyś wieczny student, na energetycznym toniku zarobił ponad 2 miliardy dolarów. Jak wyglądała droga do sukcesu tego mistrza marketingu?

Wieczny imprezowicz

To już 20 lat minęło od czasu, gdy pochodzący z Austrii wizjoner Dietrich Mateschitz stworzył napój, który podbił serca klientów na całym świecie. Urodził się w małej wiosce St. Marein i choć pochodził z rodziny nauczycieli sam do wzorowych uczniów nie należał. Nauka nigdy go nie pociągała o czym świadczy fakt, że ukończenie studiów zajęło mu aż 10 lat. Wieczne problemy na Wiedeńskim Uniwersytecie spowodowały, że wśród przyjaciół zyskał nawet przydomek wieczny student. Nigdy nie ukrywał, że woli życie studenckie od studiów. Na imprezach pojawiał się zawsze jako pierwszy i wychodził ostatni. Potrafił zjednywać sobie ludzi i wyczuwać czego potrzebują dlatego miał zawsze wielu przyjaciół.

Po ukończeniu studiów rozpoczął pracę w dziale marketingu firmy Procter & Gamble. Dzięki swoim cechom Dietrich Mateschitz szybko awansował na stanowisko dyrektora marketingu, ale błyskotliwa kariera to nie było to o czym marzył. Celem jaki sobie od początku założył było bowiem znalezienie pomysłu na własny biznes. Większość zarobionych pieniędzy odkładał właśnie po to by wkrótce założyć firmę.

Podróż życia

Przełomowa dla dalszych losów Austriaka okazała się podróż służbowa do Tajlandii, którą odbył w 1983 roku. Po długim, wyczerpującym locie wraz ze swoim kolegą postanowili ugasić pragnienie w pobliskim klubie. Do picia podano bardzo popularny w Azji napój energetyzujący Krating Daeng (czerwony bizon). Choć początkowo Mateschitz miał mieszane uczucia, co do cudownej orientalnej mikstury to szybko zmienił zdanie, gdy wywołane podróżą zmęczenie minęło.

Długo nie musiał myśleć by dojść do wniosku, że na tym napoju można zrobić fortunę. Szybko skontaktował się z tajlandzkim producentem krating daeng i zaproponował mu wejście z energetyzującym tonikiem na rynek europejski. Na odpowiedź nie musiał długo czekać i panowie założyli spółkę, do której wnieśli po 500 tysięcy dolarów. Mateschitz decydując się na własny biznes ryzykował wszystko co miał. Porzucił dobrze płatną pracę, a do firmy wniósł wszystkie swoje oszczędności. Był jednak zdeterminowany i przekonany, że ten biznes musi wypalić.

Nie słuchaj ekspertów

Gdy po raz pierwszy pojawił się w biurze z butelką napoju jego doradcy zgodnie twierdzili, że taki produkt nie ma szans na sukces. Ich zdaniem energetyzujący tonik miał dziwny smak, a dodatkowo był za drogi. Mateschitz jednak nie posłuchał ekspertów i uwierzył swojej intuicji. Kto jak nie wieczny imprezowicz mógł wyczuć biznesowy potencjał napojów pobudzających.

Mistrz marketingu

Mateschitz wbrew wszystkim opiniom uznał, że nie smak napoju, a efekt, który wywołuje oraz marketing będą kluczem do sukcesu. Główny nacisk położył na kojarzenie Red Bulla z konkretnym stylem życia. Pierwsze działania marketingowe były niemal partyzanckie. Pracownicy Mateschitza odwiedzali austriackie kluby wyszukując popularnych uczestników imprez, którym proponowali, że za darmo dostarczą Red Bulla, jeżeli ci zorganizują imprezę pod szyldem energetyzującego toniku. Innym ciekawym sposobem na zyskanie klientów było celowe podrzucanie na podłogę pustych puszek po napoju w modnych klubach i dyskotekach.

Po tych nieco konspiracyjnych działaniach przyszła pora na zaplanowaną strategię promocji produktu, której głównym elementem był marketing szeptany. Dzięki niemu udało się wokół napoju stworzyć aurę zakazanego owocu. Krążyły umiejętnie wypuszczane i podsycane plotki o niezwykłych właściwościach Red Bulla. Jedną z bardziej znanych była pogłoska, że składnikiem popularnego toniku jest m.in. wyciąg z jąder byka. Nie mniej ciekawe były opowieści o aktach wandalizmu, dokonywanych przez osoby, które przesadziły ze spożyciem Red Bulla.

Tajemnicza aura wokół napoju narastała do tego stopnia, że rozpoczęły się protesty matek, które żądały wycofania napoju ze sprzedaży. Mateschitz z premedytacją wykorzystywał postulaty kobiet gdyż wiedział, że nic tak lepiej nie zachęci nastolatków do zakupu napoju jak zakaz matki. Przemyślana strategia przynosiła oczekiwane rezultaty do tego stopnia, że w firmie zaczęło brakować aluminium do produkcji puszek. Magiczny napój zdobywał swoich miłośników, a Austryjak liczył rosnące w szybkim tempie zyski.

Nowy biznes?

Dziś firma Dietricha Mateschitza to potężny koncern z obrotami sięgającymi kilku miliardów dolarów, który na marketing rocznie przeznacza około 600 mln dol. Mimo wielu prób ani Coca Coli ani Pepsi nie udało się zdetronizować potentata. Przedsiębiorstwo kontroluje ponad 70 proc. światowego rynku napojów energetyzujących, ale na tym jego właściciel niepoprzestaje. Nie tak dawno znowu zrobiło się o nim głośno za sprawą nowego pomysłu, który ma podwoić jego majątek. Sposobem na to ma być produkcja wody butelkowanej tylko podczas pełni księżyca. Czy wieczny student znowu odniesie sukces…?

Grzegorz Marynowicz