Polka w Nowej Zelandii otworzyła własną piekarnię. „Nowozelandczycy są zaskoczeni smakiem polskiego chleba”

W 2017 roku Ewa Adams wraz z mężem przeprowadziła się z Polski do stolicy Nowej Zelandii – Wellington. Myśląc o własnym biznesie, wpadła na pomysł, aby zająć się tym czego jej w nowym kraju zabrakło – polskiego chleba. Decyzja o porzuceniu korporacyjnej kariery nie należała do najłatwiejszych, jednak po 9 miesiącach od otwarcia malutkiej piekarni zwanej Little Bread Loaf nie wyobraża sobie powrotu do spędzania 8-10 godzin w biurze każdego dnia. Dziś, po świeże pieczywo, pączki i drożdżówki przychodzą do Ewy nie tylko mieszkający tutaj Polacy, ale również Nowozelandczycy.

Na zdjęciu Ewa Adams, założycielka polskiej piekarni Little Bread Loaf w Nowej Zelandii

Bartłomiej Godziszewski: Dlaczego wybrałaś Nową Zelandię na swoje miejsce do życia? 

Firma, dla której pracuje mój mąż przeniosła nas do Wellington w 2017 roku.

Skąd wziął się pomysł na polską piekarnię chleba?

Pomysł urodził się z prozaicznej przyczyny tj. braku polskiego chleba w Nowej Zelandii. Chleb na zakwasie nie jest tutaj aż tak popularny jak w Polsce choć jest traktowany trochę jak towar luksusowy. Chleb wypiekany w lokalnych piekarniach jest bardzo drogi i bliżej mu do pieczywa francuskiego niż naszego klasycznego chleba na zakwasie żytnim. Dodałam dwa do dwóch i pomyślałam, że to może być fajny pomysł na biznes. W stolicy Nowej Zelandii piekarnie można policzyć na palcach jednej ręki i moja (choć nadal maluteńka) jest jedną z nich.

Czy od początku pobytu w Nowej Zelandii myślałaś o własnym biznesie?

O własnym biznesie MARZYŁAM będąc jeszcze w Polsce. Po blisko 10 latach przepracowanych w świecie korporacji nadszedł taki moment, że moja praca przestała przynosić mi satysfakcję, a w pewnym momencie przerodziła się w frustrację. Bardzo chciałam coś zmienić, ale nie wiedziałam nawet w którą stronę pójść. Przeprowadzka do Nowej Zelandii okazała się być świetną okazją do tego, żeby na poważnie zerwać z pracą biurową i zacząć myśleć o własnym biznesie. Nie było to jednak aż tak łatwe. Po długich i nieprzespanych nocach, godzinnych rozmowach z moim wspaniałym mężem, który, odkąd tylko usłyszał o moim pomyśle daje mi ogromne wsparcie postanowiłam w końcu zawalczyć o swoje marzenie.

Jak przekonałaś mieszkańców Wellington do polskiego pieczywa?

Ten proces nadal trwa i stał się moją misją. Polega on na promocji polskiego pieczywa, które do niedawna było tutaj znane wyłącznie wśród polskich emigrantów. Zaczęłam od założenie fanpage’a na Facebooku i konta na Instagramie (@littlebreadloaf) a następnie upiekłam i rozdałam kilkanaście bochenków. W tak małym mieście jak Wellington, wieści szybko się rozchodzą, a wieści o dobrym, europejskim jedzeniu rozchodzą się z prędkością światła.

Polka w Nowej Zelandii otworzyła własną piekarnię; Fot. Materiały prasowe

Kto był początkowo twoim klientem? Głównie Polonia w Nowej Zelandii czy też może Nowozelandczycy?

Przede wszystkim Polonia, dzięki czemu poznałam całą masę wspaniałych Polaków, którzy nie tylko udzielili mi ogromnego wsparcia, ale sprawili, że poczułam się jakbym w ogóle nie wyjechała z Polski. Bardzo często odwiedzają mnie Francuzi i Niemcy, którzy stęsknieni są za smakiem pieczywa, który znają z domu. Nowozelandczycy nadal stanowią mniejszość, ale to dlatego, że w ich kulturze najbardziej popularny jest jednak chleb tostowy.

Jak dużo pieczywa sprzedajesz? Czy zdarzają się takie dni, że po kilku godzinach wszystkie wypieki zostają sprzedane?

To nie są ogromne ilości, ponieważ wszystko robię sama. Zazwyczaj sprzedaję wszystkie chleby tego samego dnia. To co udało mi się dotąd stworzyć to malutka rzemieślnicza piekarnia na obrzeżach miasta otwarta 3 dni w tygodniu, w której można kupić świeżowypiekane pieczywo i zjeść smaczną kanapkę w porze lunchu. Ponieważ piekarnia jest na peryferiach miasta odwiedzają mnie głównie stali klienci. Znaczna część z nich trafia do mnie z polecenia. W weekendy sprzedaje moje chleby na miejskich targach, które z kolei Nowozelandczycy kochają (ja zresztą też). Na targu w Wellington wyprzedaje całe pieczywo do ostatniej bułeczki. Czasami mój stragan jest pusty po dwóch godzinach a czasami zajmuje to trochę więcej czasu. Dostarczam również moje pieczywo do otwartej niedawno w centrum Wellington miejskiej winiarni, gdzie w soboty jej klienci mogą skosztować nowozelandzkie wina i świeżo wypieczony polski chleb.

Prowadzisz ciekawy biznes i chciałbyś o tym opowiedzieć? Napisz na kontakt@mambiznes.pl. Opiszemy Twoją historię!

Czy Nowozelandczycy pokochali polski chleb?

Pamiętam, jak kiedyś dostarczyłam moje chleby do winiarni, a po drodze minęłam na ulicy starszego mężczyznę, który rozmawiał przez telefon i powiedział, że idzie właśnie kupić chleb od tej Polki, która piecze Polish sourdough (Polski chleb na zakwasie), bo jest naprawdę dobry. Do tej pory jak o tym myślę, to robi mi się ciepło na sercu. Czy pokochali mój chleb? Mogłyby o tym świadczyć same pozytywne opinie na moim funpage’u i fakt, że naprawdę bardzo rzadko zostaje mi pieczywo na półkach, ale myślę, że za wcześnie aby to oceniać. Na pewno polskie pieczywo ma ogromny potencjał, choć czuję, że na tym polu czeka mnie jeszcze bardzo dużo wyzwań i ciężkiej pracy.

Na początku twojego biznesu nie miałaś stałego punktu, tylko sprzedawałaś swoje wyroby na targu. Skąd taka decyzja? Jak jest dzisiaj?

Tak, to prawda. Jeszcze w marcu ubiegłego roku sprzedawałam chleb raz w tygodniu na jednym z mniejszych lokalnych targów. Wówczas moim celem było zbadanie rynku i sprawdzenie, czy jest tutaj faktycznie miejsce na polską piekarnię. Była to również doskonała lekcja życia i biznesu, z której po kilku miesiącach wyciągnęłam wnioski i postanowiłam zrobić krok do przodu.

Little Bread Loaf, Fot. materiały prasowe

Czy w początkowej drodze w biznesie pojawiły się jakieś problemy?

Problemy się pojawiały, pojawiają i będą się pojawiały. Little Bread Loaf to dla mnie nie tylko spełnianie marzenia, ale również eksperyment, dzięki któremu zdobywam nowe doświadczenie. Muszę jednak przyznać, że teraz potknięcia dotykają mnie bardziej niż kiedy pracowałam na etacie. Na przykład ostatnio kupiłam 200 kg mąki, która okazała się niezdatna do wypiekania chleba i zamieniła wszystkie moje upieczone bochenki w skały. Przepłakałam wtedy całą noc.

Jak sądzisz czy prowadzenie biznesu w Nowej Zelandii wygląda inaczej niż w Polsce?

Prowadzenie mikrobiznesu w Nowej Zelandii porównałabym do jednoosobowej działalności gospodarczej w Polsce, z tym, że tutaj nie płacisz wysokiego ubezpieczenia i podatków, jeżeli nie osiągniesz wysokiego przychodu. Oprócz tego tutejsze urzędy miasta i urzędy skarbowe oferują darmowe szkolenia, na które mały przedsiębiorca może się zapisać i dostać wsparcie, którego potrzebuje. Od początku korzystam z tego typu warsztatów i muszę przyznać, że są niezwykle pomocne i prowadzone na wysokim poziomie. Oczywiście za opłatą można otrzymać wsparcie specjalistów, którzy zrobią wszystko za Ciebie – wystąpią o odpowiednie pozwolenia, zgłoszą do odpowiednich urzędów, rozliczą podatki, etc. Jest to bardzo kosztowne rozwiązanie, ale zapewnia oszczędność czasu i spokojny sen. Ja o wszystkie pozwolenia ubiegałam się sama.

Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?

Przede wszystkim chcę zatrudnić kogoś do pomocy w piekarni, po to, żebym mogła mniej czasu poświęcać na samo pieczenie, a więcej na rozwój biznesu i promocję polskiego pieczywa na Antypodach. Nadal jednak chcę pozostać niewielką rzemieślniczą piekarnią znaną z tego, że wypieka wysokiej jakości polski chleb na zakwasie.

Przeczytaj także na MamBiznes.pl