Polacy zebrali na Kickstarterze 66 tys. euro na robota TurtleRover. Nam opowiadają, jak się to robi

10 dni temu z sukcesem zakończyła się ich kampania crowdfundingowa na Kickstarterze. Na realizację pomysłu łazika do pracy w trudnych warunkach zebrali 66 tys. euro (250 tys. zł). O tym zadecydowało, że udało się z nawiązką osiągnąć cel kampanii, 3 tys. zł przepalonych na reklamy na Facebooku, roli mediów w powodzeniu kampanii oraz na co zostaną przeznaczone zebrane pieniądze opowiada Szymon Dzwończyk, współtwórca robota ziemskiego TurtleRover.

Grzegorz Marynowicz: Zebraliście na Kickstarterze 66 tys. euro. Pytanie jest proste. Jak się to robi?

Szymon Dzwończyk: Zebraliśmy i nadal zbieramy, ale tym razem już jako bardziej tradycyjna przedsprzedaż na Indiegogo. Prawda jest taka, że najważniejsze w starcie kampanii na Kickstarterze to … wystartować. Nie ma co się zastanawiać tygodniami czy już jesteśmy gotowi na rozpoczęcie kampanii, czy to wyjdzie, czy ludzie nas nie zlinczują. Nigdy nie będziesz w pełni przygotowany. To jest jak ze ślubem – wystartuj, a potem reaguj na wszystkie problemy jakie napotkasz na bieżąco.

To czego na pewno nie może zabraknąć w kampanii to kontaktu z „klientem” i promocji. Mimo że większość ruchu na kampanii mieliśmy z samego Kickstartera to nie jesteśmy teraz w stanie powiedzieć czy bez naszego „trąbienia” w mediach cokolwiek by się udało.

Co do „klienta” – każdy kto decyduje się na wsparcie kampanii, ryzykuje swoje własne, ciężko zarobione pieniądze (a w naszym przypadku – dużo pieniędzy), żeby wesprzeć ciekawą inicjatywę. Nie ma tu miejsca na zautomatyzowane maile czy ignorowanie uwag, a każda pojedyncza osoba się liczy! Założenia naszej kampanii pozwoliły akurat na wdzięczną skalę zbiórki. Przy 94 backerach nadal możemy pogadać z każdym, wypytać o pomysły i o to co u niego słychać.

Jaki mieliście budżet na marketing startując z kampanią? Dysponowaliście przed startem, jakąś społecznością, zainteresowanymi klientami, którzy deklarowali wpłaty? A może zadecydował głównie viral i poczta pantoflowa?

Przed startem „robiliśmy w portki” czy zainteresuje się tym ktokolwiek oprócz oprócz znajomych i rodziców 🙂 O ile znaliśmy środowisko mediów w Polsce, to za granicą nie mieliśmy nikogo. Budżet na marketing, jakim dysponowaliśmy to było ok. 3 tys. zł na reklamy na Facebooku, które okazały się w naszym przypadku bezsensownym wydatkiem. Prawda jest taka, że większość rozgłosu dała nam ciężka praca nad kontaktem z pojedynczymi reporterami, spamowanie na Twitterze oraz współpraca z Kickstarterem i RaspberryPi. Podłapało nas też kilka mediów viralowych i tak się wszystko zaczęło kręcić.

Czy dużo dały Wam wzmianki w mediach? Gdzie się pojawiły artykuły o Was i czy przekładało się to bezpośrednio na liczbę wpłacających?

Byliśmy w TechCrunch, DailyMail, NBC News, ale też na blogu RaspberryPi i w kilku wydawnictwach holenderskich, chińskich, a nawet arabskich. Oczywiście, że każde wzmianki przekładały się w mniejszym lub większym stopniu na wsparcie na kampanii. Chodzi o to, że media niekoniecznie musiały od razu ściągać ludzi na Kickstartera, ale także budować historię i autentyczność całego przedsięwzięcia. W końcu, jak ktoś ma kupić robota w ramach crowdfundingu, najpierw wpisze w Googlu „Turtle Rover”, zobaczy w co się pakuje, a potem będzie decydował.

Jaka była największa pojedyncza wpłata od użytkownika Kickstartera?

Pewnego wieczora napisał do nas na Facebooku facet ze Stanów Zjednoczonych, że chciałby kupić od nas łaziki i zasponsorować je szkole, w której kiedyś uczył. Wpłacił nam 3200 euro z zastrzeżeniem, że potrzebuje dwóch łazików do stycznia 2018. Teraz biegamy i dopinamy wszystkiego, żeby ruszyć jak najszybciej z produkcją.

Gdybyś miał poradzić osobom, które dopiero myślą o własnej kampanii na KS na czym powinny się skupić?

Skupcie się na zrozumieniu do kogo kierujecie swój produkt. Sam rozgłos nie wystarczy do udanej kampanii, musi to być rozgłos w odpowiednim środowisku. Dla przykładu: podłapało nas kilka mediów dla tech geeków, ale dopiero jak dotarliśmy do Raspberry i do TechCruncha przełożyło się to na ok. 10 sprzedanych łazików przez dwa wieczory.

Druga sprawa, podczas kampanii nie ma czegoś takiego jak godziny pracy, wstawajcie późno i idźcie spać późno – czegokolwiek byście nie robili, przez różnice czasu między Polską a USA, największy ruch na kampanii będzie wieczorem.

Trzecia sprawa, nie bójcie się robić większości rzeczy sami. Prawda jest taka, że jeśli zatrudnicie agencję PR-ową do prowadzenia kampanii prawdopodobnie zbierzecie więcej wpłat, ale niczego się nie nauczycie. Potraktujcie Kickstarter jako platformę, która ma Wam pokazać: jak mówić o własnym produkcie, do kogo mówić i co robić później. Pod względem „edukacyjnym” Kickstarter jest bardzo wdzięczną platformą, bo siedzi tam środowisko osób, które nie tylko żądają samego produktu, ale też chcą wiedzieć „how’s your day”!

Na co przeznaczycie pozyskane środki? Czy to wystarczy na wszystkie potrzebne prace?

Na pewno przeznaczymy na produkcję. Wbrew pozorom, mimo że kwoty z kampanii wyglądają na konkretne, produkcja pojedynczej sztuki robota kosztuje nas dosyć dużo. Dzięki Kickstarterowi zyskaliśmy trochę rozgłosu, pierwszych klientów, ale też reputację firmy, która już umie coś sprzedać, a za chwilę będzie także umiała dostarczyć to co sprzedała. Kwota, którą zebraliśmy wystarczy na dostawę robotów wg. planu, ale musimy dalej sprzedawać, żeby nie zniknąć z rynku równie szybko jak się pojawiliśmy!

Jakie macie plany na przyszłość?

Oprócz produkcji intensyfikujemy swoje działania nad zawężeniem grupy docelowej, żeby móc się wstrzelić także z rynek B2B. Pracujemy nad kilkoma wnioskami Unijnymi, które nam pomogą w dalszej pracy i rozmawiamy oczywiście z inwestorami. Przeczytaj także na MamBiznes.pl:

Rozmawiał Grzegorz Marynowicz

Komentarze

Dodaj komentarz

*
*