Polacy stworzyli czujnik, który wskaże, czy potrzebujesz antybiotyku

Pierwszy prototyp stworzyli z kartonu po herbacie i kosztował nie więcej niż 5 tys. zł. Kolejna wersja czujnika powstała z końcówek materiałów z zakładu taty jednego z pomysłodawców. Udało im się stworzyć czujnik, który szybko wskaże czy i jaka terapia antybiotykowa jest potrzebna. A problem jaki rozwiązują jest ogromny. Tylko 37 proc. antybiotyków przepisywanych jest prawidłowo.

Na zdjęciu Wojciech Giżowski, Olga Grudniak i Jakub Wysocki

Grzegorz Marynowicz: Co jest Waszym produktem? I skąd pomysł, by stworzyć właśnie taki projekt?

Olga Grudniak, CEO Biolumo: Nad samym problemem antybiotykooporności pracujemy już od 4 lat – nasz zespół naukowy jeszcze w 2014 roku pracował nad lekiem alternatywnym dla antybiotyków na MRSA, czyli oporną odmianę gronkowca złocistego. Bardzo często dotyka on pacjentów po zabiegach szpitalnych i stanowi duże zagrożenia dla osłabionego organizmu. Dwa lata temu jeden z naszych mentorów biznesowych, wiedząc czym się zajmujemy, zaczął nas dopytywać o szybki sposób sprawdzenia, czy jego synowi przypisano odpowiedni antybiotyk. Sam miał problemy z nieefektywną antybiotykoterapią i nie chciał na to narażać wtedy 1-rocznego synka. Nie mogliśmy znaleźć żadnego rozwiązania, które spełniałoby jego kryteria (antybiogram, czyli złoty standard, trwa zdecydowanie za długo). Za to Marcin Pitek wpadł na rozwiązanie, które od tamtego czasu rozwijamy.

Jaki problem rozwiązuje Wasz czujnik? Czy to prawda, że tylko 37 proc. antybiotyków przepisywanych jest prawidłowo?

Niestety tak, choć w przypadku osób dorosłych. W przypadku dzieci statystyka globalna jest trochę lepsza (choć niewiele) – 52% antybiotyków przypisywana prawidłowo. W Polsce niestety mamy bardzo niewiele danych i badań dotyczących antybiotykooporności, jednak według programu Narodowego Programu Ochrony Antybiotyków prawidłowo przypisuje się tylko 50% antybiotyków. Inna sprawa, że skuteczność przypisywania nie zależy niestety od lekarzy – mają oni wyznaczone procedury, wg. których muszą przypisywać antybiotyki. Testowanie pacjenta antybiogramem bardzo rzadko wchodzi w skład tych procedur, wg. naszych wywiadów jest to tylko ok. 3% pacjentów. Cały problem zamyka się w prostej statystyce – mimo że 74% antybiotyków przypisywana jest przez lekarzy pierwszego kontaktu, nie mają oni żadnego praktycznego rozwiązania, które mogłoby im pomóc w doborze najskuteczniejszego leku.

Jak w tej chwili można stwierdzić czy wymagane jest leczenie antybiotykami i jakimi? I w czym Wasz produkt będzie się różnił od dostępnych obecnie na rynku?

Jeżeli chodzi o ocenę przyczyny infekcji (czy jest ona spowodowana bakteriami, czy wirusami), to tutaj lekarz ma prawdopodobnie jeszcze mniej testów do dyspozycji niż w przypadku oceny, który antybiotyk zastosować. Poza testami CRP, które niestety mają niską efektywność, bardzo obiecującą technologią jest Flusensor opracowywany przez zespół SensDX, z którym zresztą blisko współpracujemy – w końcu nasze rozwiązania się świetnie uzupełniają. Jeżeli chodzi o pytanie: „którym antybiotykiem leczyć?”, to poza wspomnianym antybiogramem jest na rynku kilka rozwiązań, jednak przez swoją cenę żadna przychodnia nie jest w stanie sobie na nie pozwolić. Stoją w dużych szpitalach i laboratoriach diagnostycznych, gdzie są praktycznie niedostępne dla pacjentów przychodni (priorytet mają pacjenci szpitalni, a i oni czekają po kilka dni na wyniki). Nasze rozwiązanie kierujemy do przychodni i to jest największa różnica – chcemy, żeby było ono powszechne i dostępne dla każdego. Jeżeli chodzi o czas testu, to tylko rozwiązania bazujące na analizie DNA są w stanie szybciej wykonać taki test. One jednak bazują na analizie kodu genetycznego, czyli przyczynie, a nie efekcie antybiotykooporności, jak dzisiejszy złoty standard i wielu lekarzy im nie ufa.

Uwaga! Prowadzisz własny biznes i chcesz nam o tym opowiedzieć? Napisz na kontakt@mambiznes.pl

Z tego co wiem to prototyp zrobiliście przy bardzo niskich nakładach? Skąd mieliście know how? Przecież nic wcześniej nie konstruowaliście?

Tak naprawdę niewiele byśmy osiągnęli przez te dwa lata, gdyby nie wsparcie naszych mentorów, którzy po prostu wierzą, że robimy coś pożytecznego. Przez pierwsze półtora roku projekt rozwijaliśmy z własnej kieszeni oraz z pomocą właśnie mentorów. Nasz pierwszy prototyp powstał z kartonu po herbacie, kolejny z końcówek materiałów z zakładu taty Wojciecha Giżowskiego, który buduje maszyny przemysłowe i pomagał nam w projektowaniu prototypów od samego początku. Od dłuższego czasu mamy też wsparcie Dawida Masłowskiego i jego firmy Intema, która profesjonalnie zajmuje się projektowaniem i wykonywaniem urządzeń medycznych i przemysłowych. Nasze najnowsze prototypu to właśnie ich konstrukcja, a dzięki dobrym relacjom zbudowanym przez Wojciecha ich cena również była dla nas osiągalna. Od strony naukowej również wspiera nas kilku ekspertów, zarówno w Polsce jak i za granicą, poznanych w trakcie programu akceleracyjnego Startupbootcamp Digital Health Berlin.

Na jakim etapie jest produkt i ile środków potrzebujecie na jego dopięcie?

W tym momencie dopracowujemy nasz najnowszy prototyp, który pod względem funkcjonalnym jest bardzo bliski wersji rynkowej. Większość najważniejszych prac nad softwarem mamy już za sobą. Analizujemy też intensywnie rynek i podejmujemy kolejne współprace biznesowe i naukowe. Szacujemy, że do wejścia na rynek dzielą nas 2 lata i 1,2 miliona euro.

Fot. YAY Foto/ simspon33

Sfera medycyny to obszar obwarowany wieloma przepisami i wymaganiami. Czy Wasz produkt posiada stosowne certyfikaty? Dysponujecie lub będziecie dysponować wynikami badań, które potwierdzają skuteczność czujnika? A może na to właśnie potrzebna są środki?

Dokładnie tak – w tym momencie większość z tej kwoty przeznaczamy na proces certyfikacji i dogrania wszystkich formalności, no i oczywiście prace badawcze. Fakt, że droga przez certyfikację jest wymagająca, ale z drugiej strony wolimy to, niż dopuszczanie do użytku niesprawdzonych urządzeń medycznych, które przecież mogą wpływać na nasze być albo nie być. Z dotychczasowych badań laboratoryjnych mamy bardzo dobre wyniki, przy okazji sezonu chorobowego wykonaliśmy również wstępne badania próbki „pacjenta” i porównaliśmy do wyników antybiogramu – otrzymaliśmy te same wyniki w ok. 6 godzin.

Już pozyskaliście środki z rządowego programu. Powiedzcie coś więcej o tym. Czy szukacie inwestora?

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju udostępnia środki na badania wieloma kanałami – w ramach tzw. Szybkiej Ścieżki, Programów Aplikacyjnych czy poprzez fundusze BRIdge Alfa. Udało się nam zakwalifikować do Programów Aplikacyjnych na produkt na rynek hodowli zwierzęcej, z czego jesteśmy bardzo dumni – było to nasze pierwsze podejście do tematu grantów z NCBR. Problemem dla takich projektów jak nasz jest jednak wkład własny – składając projekt na 10 milionów złotych, musimy włożyć 2 miliony. I tutaj pojawia się kwestia prywatnych inwestorów. A o takich w Polsce, którzy nie finansowaliby się z pieniędzy publicznych, już nie tak łatwo.

Jak szacujecie rynek, na który chcecie wejść?

Polacy, jak wspominaliśmy, przechodzą rocznie 67,5 miliona antybiotykoterapii. Ilość antybiotykoterapii to podstawowy wskaźnik, na jaki zwracamy uwagę – pokazuje, ile potencjalnie można wykonać testów rocznie przy założeniu, że każde leczenie poprzedzone będzie sprawdzeniem efektywności antybiotyków. Oczywiście sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana, bo np. ilość tych terapii podzielić trzeba pomiędzy szpitale i przychodnie. A bardzo niska dostępność danych też wcale nie pomaga. W Polsce mamy prawie 23 tysiące przychodni – to kolejny istotny dla nas wskaźnik. I jeżeli chodzi o oficjalne źródła, to prawie wszystkie dane o rynku, jakie można uzyskać. Dużo wyliczeń bazować musimy, podobnie zresztą jak wiele innych startupów, na wywiadach przeprowadzanych z potencjalnymi klientami. My mamy to szczęście, że udało się nam podjąć współpracę z kluczowymi podmiotami na rynku przychodni, zarówno prywatnych jak i publiczno-prywatnych.

Komu chcecie sprzedawać swój czujnik? Szpitale, przychodnie? Kto jest docelowym klientem?

Docelowym klientem od początku były przychodni – pod ich wymagania budujemy nasz produkt. Są oni również naszą niszą, bo nie mają dostępu do szybkich i skutecznych rozwiązań. Nie zamykamy się oczywiście na resztę rynku, czyli szpitale i laboratoria diagnostyczne. Po kilku rozmowach z ich właścicielami dostrzegamy również zapotrzebowanie na rozwiązanie takie jak nasze. Mimo większych zasobów i dostępności drogich urządzeń diagnostycznych i im zależy na szybkich i relatywnie tańszych testach. No i nie możemy też zapomnieć o hodowli zwierzęcej, gdzie nadużywa się prewencyjnie antybiotyków, ale to już temat na zupełnie inny wywiad.

Siłą rzeczy jest to produkt o globalnym potencjale. Bierzecie udział w konferencjach, pokazujecie swój produkt. Czy zgłaszają się podmioty zainteresowane współpracą?

Jak najbardziej, choćby wspomniani właściciele i dyrektorzy szpitali i laboratoriów. Po naszym pobycie w Berlinie dostaliśmy też kilka zapytań od tamtejszych lekarzy, czy nasze urządzenie można już kupić. Świadomość problemu w Niemczech jest dużo wyższa niż u nas, zarówno od strony lekarzy jak i rządu, który wymaga testów przed przypisaniem antybiotyku. Najlepiej świadczą o tym statystyki w ilości antybiotykoterapii – Niemcy, kraj dwa razy większy od Polski, rocznie przechodzi o połowę mniej antybiotykoterapii. „Pocieszający” dla nas jest fakt, że z kolei w hodowli zwierzęcej stosuje się tam prawie dwa razy więcej antybiotyków – w tym przypadku powiedzenie, że co polskie to lepsze, zdecydowanie się sprawdza.

Jakie macie plany na najbliższy czas?

Musimy dopiąć finansowanie na dalszy rozwój i przygotować się do badań walidacyjnych, które są niezbędne pod certyfikację naszego rozwiązania jako urządzenie medyczne. Równolegle badamy rynek i nawiązujemy kolejne współprace, by w momencie rozpoczęcia produkcji mieć pierwsze zamówienia.

Przeczytaj także na MamBiznes.pl

Rozmawiał
Grzegorz Marynowicz

Komentarze

Dodaj komentarz

*
*