Stworzyli biznes, który personalizuje obuwie

Personalizacja obuwia to pomysł na biznes, pochodzących z Przemyśla Aleksandry i Gabriela Gwiazdoniów. – Na początku mieliśmy dużo zleceń i mnóstwo roboty do zrobienia. Pozytywne opinie w sieci, zadowolenie klientów z odbieranych zamówień czy po prostu polecenia przekazywane pocztą pantoflową były dla nas czymś wielkim – mówi Gabriel Gwiazdoń, współwłaściciel firmy Obuwnik. Dziś z ich usług korzystają klienci nie tylko z Polski, ale i z zagranicy. 

Na zdjęciu Aleksandra Gwiazdoń, Fot. Obuwnik

Bartłomiej Godziszewski: Czym zajmowaliście się przed rozpoczęciem tego biznesu?

Gabriel Gwiazdoń, Obuwnik: Zanim podjęliśmy się prowadzenia własnej działalności, byliśmy jeszcze na studiach. Moja żona Ola studiowała fizjoterapię, a ja byłem na II roku dietetyki. Wcześniej też ukończyliśmy wspólnie wychowanie fizyczne na Uniwersytecie Rzeszowskim, a w międzyczasie ukończyliśmy kilka szkoleń – ja trenera osobistego oraz instruktora kulturystyki, a żona instruktora pływania i w późniejszym czasie instruktora Spinning®. Nasze drogi zawodowe nie były wówczas zupełnie ukształtowane i tak naprawdę nie mieliśmy pojęcia co będziemy robić.

Decyzja o otwarciu własnej firmy była z jednej strony nieco spontaniczna i trochę wymuszona przez wzgląd na rosnące zainteresowanie naszymi usługami i rosnącą liczbę zleceń, ale z drugiej strony dobrze przemyśleliśmy sprawę. Postanowiliśmy wziąć urlop dziekański i w pełni poświęcić się pracy. Obecnie, po prawie 4 latach bycia na rynku możemy z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że była to najlepsza decyzja, jaką mogliśmy wtedy podjąć. Do dziś, na pamiątkę, mamy nasze drzewko decyzyjne z plusami i minusami otwierania działalności i przejścia na urlop 🙂 W tamtym czasie był to dla nas ogrom stresu, czuliśmy się tak, jakby nie było już od tego odwrotu, ale dziś się z tego uśmiechamy.

Skąd wziął się pomysł na biznes?

Z mojego zamiłowania do koszykówki. Jako dziecko namiętnie oglądałem wszystkie dostępne mecze NBA, skróty, najlepsze akcje, urywki itd. Poza samą grą, zawsze byłem też zafascynowany butami zawodników, były moim obiektem marzeń. Naturalnym wówczas było, że gdybym takie miał, to od razu byłbym na boisku lepszym graczem. Każde kieszonkowe odkładałem na kolejną parę, na urodziny czy pod choinkę musiały być buty. Z biegiem czasu par zrobiło się całkiem sporo, wszystkie miały swoje miejsce w kolekcji. Kiedy podjęliśmy studia i dorywczo pracowaliśmy, to mogłem w pewien sposób odkupić sobie dzieciństwo poprzez zakup par, które jeszcze X lat temu były zupełnie nieosiągalne. Lwią część kolekcji ściągnąłem z USA, posiłkując się serwisem Ebay. Dostępność i różnorodność modeli na rynku amerykańskim w porównaniu do naszego rodzimego była ogromna. Inny świat. Po pewnym czasie jednak same nowe pary mi nie wystarczały. Chciałem im czegoś dodać, wyróżnić się na boisku. Stąd przyszedł pomysł na personalizowanie butów. Moja pierwsza personalizacja była banalna – # oraz mój numer i na drugim bucie dodałem inicjały. Drobnostka, ale czułem się uskrzydlony jak nigdy. Za tym poszły kolejne pomysły, zmiany kolorów, akcenty itd. Moja żona wspierała mnie od samego początku, pracowała ze mną, pomagała mi z realizacją bardziej rozbudowanych pomysłów i, nie będę ukrywał, wielokrotnie przydała się pewna, kobieca ręka przy detalach.

Na zdjęciuNa zdjęciu Gabriel Gwiazdoń, Fot. Obuwnik

Na czym polega personalizacja obuwia?

Z naszej perspektywy, przede wszystkim na wyróżnieniu się w tłumie. Na wyrażeniu siebie czy przekazaniu w subtelny sposób światu czym się interesujemy, co robimy, co jest dla nas inspiracją na co dzień. Przy personalizacji nie ma ograniczeń. Może to być prosta zmiana koloru, dodanie drobnego akcentu, ale mogą być też ogromne projekty z wymianami elementów w bucie, dużymi grafikami, postaciami z gier, filmów, komiksów itd. Nie jest to wyłącznie malowanie, wielokrotnie dodajemy też akcenty, które bardzo podnoszą ekskluzywność personalizacji. Są to skórzane sznurowadła, rzemienie, laserowo grawerowane metki na języki z włoskich skór, metalowe oczka na sznurowadła itp. W ostatnim czasie poszliśmy też o krok dalej w kwestii modyfikacji i posiłkujemy się znajomą drukarnią 3D, która wykonuje dla nas na zamówienie różnorakie panele na buty. Nie jest więc problemem wymiana logotypu danej marki, np. Nike czy Adidasa na nasze logo, napis czy też inne rzeczy. Oczywiście nie wszystko jest możliwe, ale w większości ogranicza nas wyłącznie wyobraźnia.

Jak dużo czasu musicie poświęcić na przygotowanie jednej pary i skąd czerpiecie pomysły?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta – to zależy. Nie mamy sztywno określonych ram czasowych dla personalizacji, zawsze podajemy widełki. Jest to zależne od projektu, stopnia jego skomplikowania, ilości kolorów, grafik, logotypów do naniesienia, czy mamy też dodawać np. skórzane metki lub składać zamówienie na elementy 3D czy nie itd.

Inspiracje na kolejne projekty niejako przychodzą do nas same. Zawsze z żoną robimy burzę mózgów, proponujemy sobie nawzajem rozwiązania, szkicujemy, dodajemy, modyfikujemy aż dojdziemy do tego, czego szukaliśmy od początku, tylko jeszcze wtedy o tym nie wiedzieliśmy. Jeśli mamy jasno określone wytyczne od klienta, to oczywiście realizujemy projekt według jego upodobań, ale wielokrotnie też podpowiadamy czy sugerujemy rozwiązania, które się sprawdzą. Mamy za sobą setki, może tysiące par, więc możemy podzielić się czymś, czego klient nie zauważy od razu. Dodatkowo przez cały okres realizacji projektu pozostajemy z właścicielem butów w kontakcie. Niejednokrotnie zdarza się tak, że w trakcie prac zauważamy, że dany element w takim czy innym kolorze nie wygląda jednak dobrze na żywo, że przez wzgląd na szwy i załamania na skórze grafika w tym miejscu nie będzie wyglądała korzystnie, lub w drugą stronę – drobny dodatek kolorystyczny w danym miejscu, inny kolor czy coś w ten deseń spowoduje, że personalizacja będzie wyglądała znacznie lepiej.

Bacznie obserwujemy też rynek amerykański i panujące tam trendy. To, co pojawia się tam i jest czymś nowym, do Europy przychodzi z opóźnieniem. Mieliśmy okazję być w USA przez 3 tygodnie i bardzo nas to uderzyło. Obserwowaliśmy tamtejszą modę uliczną, sposób ubierania się, połączenia kolorów i te same schematy pojawiły się i u nas, tylko 5-6 tygodni później. Jest to dla nas ważna wskazówka, bo możemy zaproponować lokalnie coś, co dopiero będzie na topie.

Czy już od samego początku udało się wam osiągnąć sukces, czy też może wręcz przeciwnie na początku nie było tak kolorowo?

Na pewno na początku mieliśmy dużo zleceń i mnóstwo roboty do zrobienia. Rosła też popularność naszego fanpage’a na Facebooku oraz konta na Instagramie, co bardzo pomagało w pozyskiwaniu kolejnych klientów i następnych, coraz ciekawszych zleceń. Pozytywne opinie w sieci, zadowolenie klientów z odbieranych zamówień czy po prostu polecenia przekazywane pocztą pantoflową były dla nas czymś wielkim. Czy był to sukces? Wówczas ogromny, ale z perspektywy czasu widzimy co mogliśmy zrobić lepiej i w których miejscach popełniliśmy błędy. Inaczej też rozumiemy sukces dzisiaj, na pewno też inaczej będziemy go postrzegać za np. 2 lata. Nie mniej jednak od początku prowadzenia działalności wychodziliśmy na plus, nie musieliśmy dokładać do interesu. Było to dla nas bardzo cenne, bo z jednej strony motywowało nas do jeszcze mocniejszej pracy nad naszym „dzieckiem”, a z drugiej czuliśmy się jak zwycięzcy, ponieważ spotykaliśmy się z opiniami, że na początku prowadzenia własnego biznesu przez X miesięcy będziemy musieli do niego dokładać.

Fot. Obuwnik

Czy były jakieś przełomowe momenty w trakcie prowadzenia przez Państwa działalności?

Było ich kilka, ale jeden szczególnie zapadnie nam w pamięć, bo od początku marzyliśmy o tym. Przez Instagram zgłosiła się do nas klienta z USA, abyśmy wykonani dla niej projekt. Dała nam zupełnie wolną rękę, jedyną wytyczną było to, aby na bucie w ciekawy sposób ująć monogram Louis Vuitton. Wykonaliśmy szkic, zaproponowaliśmy karmelową cholewkę ze złotymi napisami, kilka dodatkowych akcentów i po akceptacji ruszyliśmy z pracami. Parę zrobiliśmy sprawnie, buty wysłaliśmy do Stanów i wszystko było całkiem normalnie. W sieci jednak nic nie ginie i po ok. 4 tygodniach od publikacji gotowego projektu przez nas, nasze zdjęcia udostępnił i napisał o nas i o tej parze artykuł portal Hypebeast.com. To było spełnienie naszych marzeń i ogromne wyróżnienie. Hypebeast był dla nas swoistym Everestem. To tak, jakby zaproponowano mi gościnnie zagrać mecz w ulubionej drużynie NBA, albo dla lokalnego dziennikarza udostępnienie jego artykułu przez BBC czy CNN. W naszej branży Hypebeast jest portalem, który jest po prostu numerem jeden. Piszą o najświeższych trendach, przeprowadzają wywiady z największymi gwiazdami, muzykami czy artystami i w tym wszystkim znalazło się miejsce dla młodego małżeństwa z Przemyśla, które prowadzi swoją pracownię we dwójkę. Czuliśmy się po prostu fantastycznie. Wzrost popularności był ogromny – w jedną noc podwoiliśmy ilość obserwujących nas osób na Instagramie, nasz fanpage również zyskał nowe polubienia liczone w tysiącach, ale przede wszystkim zaczęli się do nas zgłaszać klienci ze świata, abyśmy wykonali dla nich taką samą parę. Pytań było mnóstwo, nie nadążałem z odpisywaniem i informowaniem o sposobie realizacji zlecenia, dlatego też zdecydowałem o natychmiastowym stworzeniu sklepu internetowego na stronie bigcartel.com, gdzie umieściłem zdjęcia tej pary, rozpisałem rozmiarówkę i przygotowałem wszystko tak, aby klient mógł je po prostu kupić przez stronę. Podziałało momentalnie, w 2 godziny zebraliśmy 13 zamówień i postanowiliśmy zamknąć sprzedaż, gdyż wiedzieliśmy o swoich ograniczeniach i było nas tylko dwoje. Po realizacji pierwszej partii zamówień ponownie otworzyliśmy sprzedaż i zebraliśmy bodaj kolejnych 11 zleceń. Sklep mamy otwarty po dziś dzień, z nastawieniem na klienta zagranicznego i od czasu do czasu spłynie nam zamówienie, jednak już zdecydowanie nie tak często jak wtedy. Mieliśmy swoje 5 minut i wycisnęliśmy z nich co się dało!

Czy wasza usługa też jest dostępna poza granicami kraju? Gdzie już wysłaliście gotowe pary obuwia?

Oczywiście, wielokrotnie już wysyłaliśmy pary w najbardziej oddalone od Polski kraje. Nowa Zelandia, Malezja, Japonia niejednokrotnie przyjmowały nasze paczki, ale też USA, Kanada czy kraje europejskie. Bardzo pomaga w tym Instagram, który nie zna granic i szalenie ułatwia komunikacje. Ponad to, jak już wspomniałem w poprzednim pytaniu, mamy anglojęzyczny sklep z naszym gotowymi projektami, więc klient może wygodnie zamówić upodobany projekt i po kilku tygodniach odebrać paczkę.

Prowadzisz ciekawy biznes i chciałbyś o tym opowiedzieć? Napisz na kontakt@mambiznes.pl. Opiszemy Twoją historię!

Jak sfinansowaliście swój biznes?

Biznes sfinansowaliśmy ze środków własnych, ponieważ nie potrzebowaliśmy dużej kwoty na otwarcie. Kilka kolorów farb, kilka barwników, specjalne pędzle do pracy i na początek w zupełności nam to wystarczyło. Wraz z kolejnymi zleceniami pojawiały się kolejne środki, więc mogliśmy rozszerzać paletę, dokupić specjalne farby, w tym metaliczne czy takie, które zmieniają kolor pod wpływem słońca czy świecą w ciemności. Z biegiem czasu zaczęliśmy drukować własne szablony, bardziej ingerować w sylwetkę czy strukturę buta i za tym szły potrzeby na kolejne sprzęty, ale całość przebiegała dosyć liniowo.

Czy zamówienia z Polski mają największy udział w zamówieniach

Zdecydowanie, zamówienia zza granicy są sporadyczne. Na świecie jest wielu wspaniałych artystów parających się personalizacjami, więc klient z każdego kraju znajdzie coś dla siebie. Poza tym, że zamówienia z Polski są większością, to również zamówienia wysyłkowe to ok. 85-90% naszych zamówień.

Przeczytaj także na MamBiznes.pl

 

Komentarze

Avatar

Anna Kunkel

29 stycznia 2019 Odpowiedz

Czy aby ten biznes nie łamie prawa w zakresie wykorzystania cudzych praw autorskich .Rozumiem ,że pani z Ameryki była przedstawicielką LV i wszystko odbyło się za zgodą i wiedzą tej firmy,jak również Puma,Nike czy Adidas wyrażają zgodę na to ,ze ktoś coś domaluje do ich butów i daje nakładkę która zakrywa logo 🤔.Całkiem niedawno pewien fotograf zobaczył na wystawie zdjęcie które zrobił kilka lat wczesniej,publikował je pod swoim nazwiskiem i ku swojemu zdumieniu zobaczył je po niewielkiej przeróbce wystawione na sprzedaż za ogromne pieniądze.Gdzie jest granica kiedy produkt podstawowy tak bardzo przestaje przypominać siebie ,żeby można było pominąć jego autora?

Avatar

6!

29 stycznia 2019 Odpowiedz

uuuu czepiamy się …
a jeśli już, to pytanie od drugiej strony – czy można namalować taką grafikę dragonball’a … a to raczej pytanie do właściciela butów – czy ma prawa autorskie. Przecież oni malują tylko 🙂

Avatar

prawnik

29 stycznia 2019 Odpowiedz

jak można z tak gupawego biznesu wyżyć , jakieś malowanki na butach , po ch… to komu. co za ciemny lud, że płaci za taką szmirę , ale jaka za to nazwa biznesu – personalizacja obuwia a ja myślałem , że może jakieś ekstra wygodne wkładki dopasowane pod konkretna stopę, a tu myszka miki namalowana na czubku trampka , ech banaowe pokolenie wychowane na testach

Komentarze

Dodaj komentarz

*
*