Poznali sie na studiach i swoim biznesem nieźle zamieszali

Pomysł kiełkował w naszych głowach trochę wcześniej. Poznaliśmy się na studiach i to tam po raz pierwszy pomyśleliśmy, że fajnie byłoby razem coś stworzyć. Po studiach zacząłem pracę w agencji reklamowej, a Marcin został na uczelni, ale równolegle zaczęliśmy się zastanawiać w jakiej niszy moglibyśmy zacząć własną działalność. A dlaczego musli? Ponieważ nie smakowało nam to, które mogliśmy kupić w sklepach – mówią założyciele platformy Mixit, która umożliwia zamówienie własnej mieszanki musli. Dwóch Czechów opowiada, jak rozkręcili swój biznes także w Polsce.

Tomasz Huber, Marcin Wallner

Grzegorz Marynowicz: Czym jest Mixit.pl i jak to działa w praktyce?

Martin Wallner: W jednym zdaniu: Mixit to platforma internetowa, za pomocą której można online zmiksować z ponad 90. dostępnych na niej składników dowolną kombinację muesli i kasz, w zależności od osobistych upodobań, smaków, czy też wymogów diety. Mieszanki mogą być bezglutenowe, niskocukrowe, czy np. bogate w błonnik. Można też wybrać gotowe mieszanki proponowane przez nas oraz różnego rodzaju zdrowe przegryzki i smakołyki, jak owoce liofilizowane, czy batoniki Mixitki.

Kto jest założycielem firmy i od kiedy działacie?

Martin: Firmę założyliśmy wspólnie z Tomasem i do dziś stoimy razem na jej czele. Pomysł na założenie wspólnego biznesu narodził się jeszcze na studiach ekonomicznych, które razem odbywaliśmy. Niedługo potem wylądowaliśmy w małym mieszkanku, które było pierwszą, bardzo ciasną, siedzibą naszej firmy (śmiech).

Jaka jest geneza platformy? Skąd pomysł i zainteresowanie akurat tą branżą?

Tomas Huber: Firma Mixit powstała w 2009 roku, ale pomysł kiełkował w naszych głowach trochę wcześniej. Jak już wspominał Martin, poznaliśmy się na studiach i to tam po raz pierwszy pomyśleliśmy, że fajnie byłoby razem coś stworzyć. Po studiach zacząłem pracę w agencji reklamowej, a Martin został na uczelni, ale równolegle zaczęliśmy się zastanawiać w jakiej niszy moglibyśmy zacząć własną działalność.

W tych latach biznes online był jeszcze w powijakach. Na naszym rynku praktycznie nie istniały sklepy, które zajmowały by się sprzedażą artykułów spożywczych w sklepach online. Dlatego był to doskonały moment na spróbowanie swoich sił w tym obszarze! A dlaczego musli? Ponieważ nam nie smakowało! (śmiech). To znaczy – nie smakowało nam to, które mogliśmy kupić w sklepach. Dlatego tak długo szukaliśmy odpowiednich składników i tworzyliśmy nowe mieszanki, żeby mieć pewność, że będzie smakować nie tylko nam, ale też naszym klientom. Od początku postanowiliśmy, że nie uznajemy żadnych kompromisów!

Co dokładnie sprzedajecie? Gotowe mieszanki czy każdorazowo jest to mieszanka na zamówienie?

Martin: Naszym „flagowym” produktem są mieszanki komponowane na indywidualne życzenie. W tym produkcie zawiera się sedno naszego pomysłu i filozofia działania firmy. W skrócie: wchodzimy na stronę, wybieramy sobie jedną z tub i zaczynamy ją wypełniać klikając w wybrane przez siebie składniki. System pokazuje nam, ile jeszcze miejsca zostało w tubie, ile kalorii wsypaliśmy do środka i „zamyka” tubę, kiedy jest już pełna. Wtedy możemy nazwać swoją mieszankę, jak chcemy i zakończyć zakupy lub wybierać kolejne produkty.

Tomas: Oczywiście przez lata działalności nasz asortyment mocno wyewoluował. Jeśli ktoś nie ma ochoty bawić się w miksowanie ma do wyboru około dziesięciu gotowych mieszanek musli i kilku mieszanek kasz. Niektóre z nich, jak „Dr Matchatea” są w ofercie na stałe inne, jak „Złocista Jesień”, czy „Bożonarodzeniowa” pojawiają się sezonowo. Ale można też zamówić sobie mieszankę złożoną tylko z owoców czy orzeszków, jedną z kolorowych czekolad, czy też ciastka i batoniki. Mamy dział „prezenty”, w którym możemy zamówić mieszanki ze specjalnymi firmowymi gadżetami, jak miseczki, łyżki, torebki.

Jak ten biznes wygląda od kuchni? Rozumiem, że składniki zamawiacie u dostawców, ale gdzie odbywa się mieszanie i pakowanie zamówionych mieszanek? Przychodzi zamówienie i co dalej?

Tomas: Wszystkie składniki, które trafiają do mieszanek zamawiamy u dostawców. W miarę możliwości u lokalnych – np. ok 90% zbóż pochodzi z rodzimego rynku. Te egzotyczne zamawiamy u pośredników. Nie ma żadnej przesady w stwierdzeniu, że w jednej mieszance możemy wymieszać sobie smaki z całego świata. Wystarczy, że oprócz europejskich składników wybierzemy np.: amarantus rosnący w obu Amerykach, ananas z Afryki, jagody goji z Chin i australijskie banany. Wszystkie wybrane przez klienta składniki są ważone i ręcznie mieszane oraz pakowane w dziale produkcji Mixit w Pradze. Gotowe mieszanki są mieszane i pakowane przez specjalną maszynę, skonstruowaną na nasze zamówienie. Na miejscu odbywa się także liofilizacja owoców, czyli suszenie ich mrozem. Z tego co wiem, niewiele firm produkcyjnych ma własne urządzenie tego typu. Na pewno byliśmy jedną z pierwszych firm w branży, która je posiadała. Po spakowaniu zamówienie trafia do działu spedycji. Zamówienia są realizowane w większości przypadków tego samego lub następnego dnia.

Martin: O rozmiarach naszej produkcji chyba najlepiej świadczy wielkość hali, w której odbywa się produkcja – jest to dziś ponad 2 tysiące mkw. I pomyśleć, że kiedyś gnieździliśmy się w małym mieszkanku! (śmiech)

Ile osób zaangażowanych jest w ten biznes? Czym się zajmują?

Tomas: Zespół Mixit liczy w tej chwili ok. 75 osób. Z czego +/-  50 osób pracuje na dziale produkcji, gdzie zajmuje się odmierzaniem i mieszaniem składników, obsługą maszyny do mieszania, spedycją. 25 osób pracuje w biurze w działach: marketingu, obsługi klienta, handlowym, kadr, zakupów detalicznych i hurtowych.

Martin: W kontekście zespołu trzeba wspomnieć jeszcze o trzech sprawach. Po pierwsze dział produkcji do czasu do czasu – w okresach wzmożonego ruchu powiększa się. W okresie poprzedzającym święta Bożego Narodzenia nawet o sto procent, czyli do 100 osób. Kolejna sprawa, to osoby zarządzające. Bardzo ważną dla firmy osobą jest np. nasza technolog, pani Magda Kuklik, która nie tylko dba o jakość składników i wartość odżywczą mieszanek, ale też komponuje wszystkie nasze gotowe miksy. I ostatnia rzecz – z jednej strony my – ja i Tomasz cały czas jesteśmy bardzo blisko wszystkich procesów w firmie, czyli np. też bierzemy udział w degustacji i wyborze składników do nowych mieszanek, a jak brakuje rąk do pracy i trzeba zakasać rękawy, to my też idziemy na produkcję, z drugiej każdy członek zespołu Mixit ma pełne prawo zaproponować coś od siebie. Na przykład jeden z naszych pracowników, który bardzo dba o swoją sylwetkę, podsunął nam pomysł na stworzenie kaszy proteinowo-malinowej.

Tomas: Chcemy, żeby każdy znalazł w Mixit coś dla siebie. Stąd bogaty wybór: od mieszanek bez cukru bez glutenu, po mieszanki wysoko proteinowe. Oczywiście dodatkowym atutem jest to, że każdy może sam skomponować sobie mieszankę, więc jeśli chce uniknąć składnika, na który jest uczulony, może go po prostu nie dodawać do swojej tuby.

Czy fakt, że każdy klient może sobie skomponować własną mieszankę nie generuje wysokich kosztów? Taka indywidualizacja przecież kosztuje. 

Martin: Oczywiście. Ręczne mieszanie indywidualnych miksów musli jest bardziej kosztowne niż maszynowe. Musimy po prostu zatrudnić dodatkowo dziesięć osób. Natomiast jest to koszt, który po prostu od początku wkalkulowaliśmy w nasz biznes. Indywidualne mieszanki to nasza największa przewaga konkurencyjna, więc naturalne, że jesteśmy gotowi więcej w nią inwestować. Nie chcemy też robić „wszystkiego” żeby tylko obniżyć cenę naszych produktów, bo wiemy, że nasi klienci akceptują stosunek ceny do jakości jaką oferujemy. Dodam, że przy wraz ze wzrostem skali naszego biznesu, koszt ten nie jest tak uciążliwy, jak mogłoby się wydawać. Niedawno mogliśmy sobie np. pozwolić na obniżenie kosztów dostawy. Do tej pory oferowaliśmy darmową dostawę la każdego, kto zamówi co najmniej sześć naszych wyrobów, teraz dostarczamy za darmo już od trzech produktów. Wystarczy zamówić trzy tuby bądź jedną tubę, paczkę batoników i coś jeszcze, żeby nie płacić dodatkowo za przesyłkę.

Rozumiem, że koszt uzależniony jest od zawartości bo przecież inna jest cena otrębów a inna owoców czy orzechów.

Tomas: Dokładnie tak. Ostateczna cena wynika z tego, co wrzucimy do naszej tuby. W trakcie zamówienia na kalkulatorze umieszczonym obok wirtualnej tuby widzimy na bieżąco, ile płacimy za to, co już wybraliśmy. W każdej chwili możemy zrezygnować z jakiegoś składnika lub zamienić go na inny.

Kto jest głównym odbiorcą Waszych produktów? Macie stałych indywidualnych klientów czy może dominują zamówienia firmowe?

Martin: Na początku stawialiśmy na odbiorców indywidualnych, ale kilka lat temu rozwinęliśmy się na tyle, że zaczęliśmy też na naszym rodzimym, czeskim rynku pozyskiwać hurtowych odbiorców na poszczególne składniki lub gotowe produkty. Dziś stanowią oni już 25 procent całego biznesu. Chociaż Internet jest naszym głównym kanałem sprzedaży, to współpraca z takimi odbiorcami bardzo nas cieszy, bo jest dla nas równocześnie formą zbytu, jak i reklamy. Jeśli chodzi o rynek polski, to właśnie ruszamy z tą usługą. Kilka miesięcy temu uruchomiliśmy osobną stronę internetową dla klientów hurtowych i zaczynamy poszukiwać partnerów do takiej współpracy.

Jak docieracie do klientów? Jakie metody promocji są najbardziej efektywne?

Tomas: W Czechach mamy stałe miejsce na wielu targach zdrowej żywności, w Polsce, póki co, stawiamy przede wszystkim na marketing on-line: reklamy Ad Words, Facebook, Instagram, mailing, współpraca z youtuberami oraz działania e-PR. Bardzo dobrze sprawdza się też PR, któremu Mixit zawdzięcza mocny start w Czechach. Dzięki udziałowi w biznesowym show telewizyjnym „Dzień Smoka” w 2011, w którym zdobyliśmy trzecie miejsce w kategorii „Inspiracja roku”, zamówienia przed Bożym Narodzeniem dosłownie nas zalały, co ostatecznie doprowadziło do rozwoju – przeprowadzki do nowego, większego lokum.

Teraz trochę o liczbach. Ile opakowań lub ton mieszanek sprzedaliście od startu?

Martin: Ojej! To trudne pytanie! Próbowaliśmy to oszacować z naszymi specami od IT, ale niestety zbyt dużo czasu już upłynęło od startu firmy i nie dysponujemy tak daleko sięgającymi danymi. Mogę powiedzieć, że rocznie wysyłamy w świat kilkaset ton mieszanek. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że średnia waga jednej tuby to ok 600 gram, możemy łatwo wyliczyć orientacyjną liczbę tub.

Co jest najtrudniejsze w tym biznesie? 

Tomas: Problemy z dostawcami i produktami mamy w zasadzie wliczone w koszt prowadzenia firmy natomiast zdecydowanie najbardziej nieprzyjemna i uciążliwa jest biurokracja… Szczególnie w Polsce! Mieliśmy taką przygodę podczas rejestracji działalności w Polsce. Tuż przed złożeniem wszystkich potrzebnych dokumentów zmieniło się prawo i urząd skarbowy nie chciał nadać nam numeru NIP. Walka z biurokracją trwała dobrych kilka miesięcy. To był prawdziwy, jak wy to nazywacie… czeski film! (śmiech)

Cierpliwie wysyłaliśmy jednak kolejne listy, zaświadczenia i odwołania i w końcu się udało, spółka została zarejestrowana.

Zaczynaliście biznes od rodzimego rynku, ale działalność szybko się rozwija. Jesteście także obecni w Polsce. W jakich jeszcze krajach sprzedajecie swoje mieszanki?

Martin: Naszym rodzimym rynkiem są Czechy. Stąd w naturalny sposób rozrośliśmy się na Słowację, bo chociaż między naszymi krajami znów mamy granicę, to na wielu płaszczyznach nadal działamy bardzo podobnie i blisko. Trzy lata temu weszliśmy do Polski. Chociaż „po sąsiedzku”, to jednak wyzwanie i wysiłek logistyczny były dla nas dużo większe niż w przypadku Słowacji. Dwa lata temu rozpoczęliśmy też obiecującą współpracę z partnerami z Kanady. O ile jednak na terenie Słowacji i Polski działamy bezpośrednio z naszej centrali w Pradze, o tyle tam – ze względu na odległość – funkcjonujemy bardziej na zasadzie franczyzy.

Na koniec proszę powiedzieć jakie są różnice między prowadzeniem biznesu w Polsce i w Czechach oraz innych krajach?

Martin: Sporą barierą we współpracy z Polską był na początku brak zaufania oraz takie kwestie jak różnice kulturowe, czy niuanse związane z funkcjonowaniem polskiego rynku. Już po pierwszych podjętych krokach uświadomiliśmy sobie również jakie są różnice w działaniach reklamowych, marketingowych, czy PR-owych. Podstawy są podobne, ale szczegóły trzeba dopasować do rynku polskiego. Zaskoczeniem było choćby to, że na polskich fakturach obowiązuje opis: oryginał (dla klienta) i kopia (dla firmy). Zastanawialiśmy się po co tak komplikować życie? W nas obowiązuje jeden wydruk i to wszystko. Kolejna różnica to obyczaje i nawyki żywieniowe. Przykładowo, z ankiety o odżywianiu, którą przeprowadziliśmy w połowie 2015 roku wynikało, że w przeciwieństwie do Czechów, którzy lunch zazwyczaj jadają poza domem, większość Polaków zjada w pracy przysłowiową kanapkę. Partnerzy biznesowi w Polsce częściej też proponują osobiste spotkanie, podczas gdy w Czechach tego typu komunikacja odbywa się coraz częściej poprzez Internet. Ale na szczęście mamy też dużo wspólnych cech. Oprócz zabawnie brzmiącego dla nas nawzajem języka, oba narody przepadają za promocjami i rzeczami za darmo. Przeczytaj także o Francuzie, który produkuje w Polsce luksusowe jachty 

Rozmawiał
Grzegorz Marynowicz
MamBiznes.pl

Komentarze

Przemek

11 października 2017 Odpowiedz

Hi hi, panowie w brudnych butach siedzą na orzeszkach 🙂

mmmm

11 października 2017 Odpowiedz

siedzą w butach na jedzeniu … ?

Komentarze

Dodaj komentarz

*
*