Babeczkowa bizneswoman o polskich biznesach. „Wiele firm założonych za dotację nie przetrwało roku”

Kobieta sukcesu, tak w skrócie można opisać Julię Daroszewską, która przygląda się polskiej scenie biznesu. Swoją przygodę z własną firmą zaczynała od prostych pomysłów, dziś pomaga innym w drodze do osiągnięcia sukcesu. – Wiele osób, które zachłysnęły się falą na dotacje, czy też modą na własną firmę, nie było w stanie przetrwać na rynku nawet roku. Górną granica były dwa lata, czyli okres, w którym obowiązkowy haracz dla państwa jest niższy – mówi Julia Daroszewska. 

Na zdjęciu Julia Daroszewska

Bartłomiej Godziszewski: Kiedy po raz pierwszy chciałaś zostać przedsiębiorcą? Co to był za pomysł na biznes?

Julia Daroszewska: Nigdy nie sądziłam, że nadałabym się do prowadzenia firmy. Nie miałam do tego charakteru. Musiałam go dopiero wypracować. Ale taka pierwsza, pierwsza, bardzo chwilowa i ulotna myśl o własnej firmie pojawiła się, kiedy byłam w szkole średniej. Było to w czasie odwiedzin jednej z moich dwóch ciotek – modelek, po których zawsze miałam pełne szafy ubrań, a w które to ubrania nikt nie był w stanie się zmieścić. Pomyślałam wówczas, że chciałabym kiedyś stworzyć markę konkurencyjną dla ZARY. Wówczas w Polsce dopiero pojawiały się sklepy z ładnymi ubraniami, gdzie nastolatki mogły znaleźć coś dla siebie.

Kolejna myśl o własnej firmie pojawiła się na trzecim roku studiów. Trzeci rok jest statystycznie rokiem kryzysowym. Nie dość, że jest się na półmetku studiów, to wchodzi się w wiek „oczka”. Jeszcze kilka lat wcześniej nikt nie sądził, że ludzie są w stanie tyle dożyć, a teraz ów młody człowiek nagle sam okazuje się być tak stary! Wtedy spada na człowieka wiele refleksji: nadal nie wie, co zrobić ze swoim życiem,  zastanawia się, dlaczego wybrał właśnie te studia i czy jest sens tracić czas na ich kończenie; zastanawia się też, czy będzie jeszcze w stanie kogoś sobie znaleźć, skoro w tak poważnym wieku nadal jest sam.

W trakcie swoich kryzysowych rozważań myśl o własnej firmie pojawiła się po raz kolejny. Tym razem dotyczyła biznesu pt. Galerii Florystyki.

Ostatecznie całkowitym przypadkiem skończyłam studia z Zarządzania, które wytyczały studentom tylko dwie ścieżki: praca na stanowisku kierowniczym  wysokiego szczebla albo… Własna firma.

W trakcie studiów mocno udzielałaś się sportowo, a czy sport pomaga w biznesie?

Dobre pytanie. Kilka tygodni temu zastanawiałam się nad tym i… Zdecydowanie pomaga.

Sport i biznes łączą dwa aspekty: sport kształtuje, a raczej hartuje charakter, co w prowadzeniu własnej firmy jest niezwykle ważne i bardzo pomocne. I widzę to zarówno po sobie jak i po swoich znajomych – również sportowcach, którzy mają firmy.

Drugi aspekt łączący sport z firmą to wiara w to, że się uda. Tej wiary ze strony bliskich potrzebuje zarówno sportowiec jak i przedsiębiorca.

W sporcie na efekty często trzeba czekać długo. I często też długo nic nie wskazuje na to, że kiedyś cokolwiek w danej kwestii uda się osiągnąć. Ale efekty, sukcesy i osiągnięcia są w sporcie często tylko wypadkową. Mało kto zaczyna trenować jakąś dyscyplinę z myślą wyjazdu na mistrzostwa. Zazwyczaj sport jest formą spędzania wolnego czasu, pasją. Ja, poza tym, że uprawiałam wiele sportów, miałam swoje dwie główne dziedziny: narciarstwo i kolarstwo MTB. Narciarstwo było nie do końca moim wyborem i uprawiałam je też nie do końca ze swojej woli, czy pasji. Mój ojciec był Mistrzem Polski w Biathlonie. Chciał, żeby przynajmniej jedno z dzieci poszło w jego ślady i kontynuowało osiągnięcia w dziedzinie narciarstwa. W moim przypadku było to narciarstwo alpejskie.

A wracając do pytania i analogii: na studiach z zarządzania zawsze powtarzano nam, że o ile celem firmy powinno być generowanie zysków, o tyle misji jej istnienia oraz jej wizji powinny przyświecać tzw. wyższe cele, nigdy – pieniądze. Jeśli ktoś decyduje się założyć własny biznes, powinien to robić z sercem i pasją – dokładnie tak jak w przypadku sportu, który uprawia się dla siebie, a nie dla medali. Dopóki moje trenowanie narciarstwa wiązało się tylko z zawodami, nie miałam do tego sportu serca. Teraz – kiedy robię to dla siebie, dają mi prawdziwą wolność i szczęście. Ponadto – nie każdy biznes rusza z kopyta od razu, podobnie jak w sporcie efektów też nie ma od razu. Niekiedy na budowanie i rozkręcanie firmy trzeba poświęcić naprawdę sporo czasu. O tym się nie mówi, ale wśród polskich start-upów istnieją firmy, które na rynku są już od ładnych paru lat, a wciąż nie generują przychodów. Przykładem są dwa wrocławskie startupy – Zrzutka.pl i Zeccer. Swego czasu wokół obu było naprawdę dużo szumu, mimo że w rzeczywistości były skarbonką bez dna.

Moja pierwsza marka – Babeczkowa Poczta COOKIE WITH LOVE również początkowo nie generowała zysków, mimo że były z niej przychody.  Dlatego firmę powinno zakładać się z pasją do tego, co zamierzamy robić i przynajmniej sympatią do naszego produktu, czy też usługi. A pieniądze mają być tylko wynikową naszych działań. Tak jak w sporcie są to osiągnięcia i ewentualny udział w zawodach.

W przeciwnym razie możemy nie doczekać momentu, kiedy firma ruszy i zacznie w końcu zarabiać nie tylko na siebie, ale i na nas. Co zresztą zaobserwowałam w przypadku konkurencji dla dwóch moich marek – wspomnianej Babeczkowej Poczty oraz cyklu imprez bezgotówkowej wymiany ubrań SWAP Wrocław: w międzyczasie powstało kilka podobnych biznesów, ale zanim jeszcze zdołały się rozkręcić – zniknęły z rynku.

Jak sądzisz kobiety mają łatwiej w biznesie niż mężczyźni, czy może wręcz odwrotnie?

Kobiety wychowywane są na grzeczne i skromne dziewczynki. Zachowania, które chłopcom uchodzą na sucho, w przypadku dziewczynek kwituje się często zwrotem, że dziewczynkom tak nie wypada. Dlatego też… Kobietom jest znacznie trudniej. Bo i społeczeństwo – już dorosłe – każde zachowania, które nie jest kobiece, które kobiecie nie przystoi, jest odbierane negatywnie. I to zarówno przez mężczyzn jak i inne kobiety. Zatem – o ile mężczyźnie wolno mówić o swoich osiągnięciach, sukcesach i stąpać twardo po ziemi, kobiecie tego po prostu robić nie wypada. Kobietom zarzuca się wtedy najdelikatniej mówiąc brak skromności.

Druga sprawa – jeśli kobieta wygląda młodo, nie jest traktowana poważnie. Jakby to ujął Gombrowicz – jest upupiana. Mnie nieustannie zalewają fale hejtów, z którymi wielu przedsiębiorców – mężczyzn, nawet znacznie młodszych ode mnie, nie ma do czynienia. A jeśli nawet jakieś hejty się im zdarzą, to nie na taką skalę, jaka dotyka mnie. Bo przecież osoba w tak młodym wieku i na dodatek kobieta nie może mieć pojęcia o czymkolwiek – czytam często pod swoimi wypowiedziami. Zdarza się, że niektóre z w ten sposób wypowiadających o mnie osób są w tym samym wieku co ja, albo nawet młodsze.

Kolejną sprawą jest wygląd, który w tym przypadku również nie pomaga… I to ani w biznesie, ani w polityce. Urodziwa kobieta, która próbuje działać dostaje łatkę „ładnej, ale głupiej”, bo według przekonań, żeby być piękną, musi poświęcać na to dużo czasu kosztem edukacji, czy też zdobywania doświadczenia. Przykładem może być przypadek kandydatki na prezydenta – Magdaleny Ogórek.

Dla kontrastu – kompetencji Angeli Merkel nikt nie śmie podważyć. Magdalena Ogórek od swoich uwagę odwraca urodą i młodym wyglądem. Bo tylu lat, na ile wygląda, to ona wcale nie ma. Jakiś czas temu natknęłam się na artykuł o kobietach – prezeskach znanych, światowych startupów. Osoba, mężczyzna, który podzielił się tą publikacją w sieci, opatrzył go komentarzem „zobaczcie jaka ładna jest CEO Canvy”. Nie ważne, jakie ta dziewczyna ma kompetencje, co potrafi. Wow nie jest tu sam fakt, że jest prezesem startupu, który znają twórcy grafik na całym świcie. Ważne jest, jak ta dziewczyna wygląda.

A konkretnie: czy jest ładna i młoda, albo chociaż młodo wyglądająca, czy nie.

Kolejna rzecz – jeśli kobieta ma na swoim koncie jakieś osiągnięcia, od razu podejrzewa się ją o niemoralne ich zdobycie, z czym sama też się spotkałam.

Kompetencje kobiet wciąż przyćmiewa ich wygląd i, tak, owszem – kobiety, a ściślej mówiąc – piękne kobiety i kobiety, którym na sobie zależy, mają w biznesie zdecydowanie trudniej niż mężczyźni.

Prowadziłaś cykl spotkań „Moda na Biznes”. Właśnie czy dzisiaj jest moda na biznes?

Zrezygnowałam z formy spotkań z przedsiębiorcami, ponieważ, jako kobieta, nie miałam siły przebicia. Ci sami przedsiębiorcy, którzy odmawiali wystąpienia na moim wydarzeniu, bez problemu zgadzali się wystąpić na wydarzeniach organizowanych przez moich znajomych – „w spodniach”.

Ale wiem, że pytasz o co innego. Moda na biznes wydaje mi się nieco ostygła z powodu większej świadomości ludzi, czym tak naprawdę jest prowadzenie biznesu w Polsce. W okresie, kiedy Unia Europejska bardzo prężnie wspierała rynek Polski szastając dotacjami na lewo i prawo myśląc, że w ten sposób pomoże w obniżeniu bezrobocia, firmy powstawały jak grzyby po deszczu. Ja sama jestem „ofiarą” takiej dotacji, którą otrzymałam z ramienia Urzędu Pracy i którą… Musiałam oddać, bo działałam uczciwie wobec wspomnianego Urzędu. Ostatecznie doprowadziło to do mojego pierwszego bankructwa. Aczkolwiek z tej perspektywy czasu cieszę się, że tak się stało, ponieważ tak, jak sport hartuje charakter, tak bankructwa są ciekawą próbą, która to udowadnia. Bankructwo, a raczej to, co dzieje się po nim pokazuje, czy ktoś „nadaje się” na przedsiębiorcę, czy też nie. Nie każdy po upadku jest w stanie się podnieść i iść dalej, dalej próbować wiedząc już czym może to grozić. Wiele osób, które zachłysnęły się falą na dotacje, czy też modą na własną firmę, nie było w stanie przetrwać na rynku nawet roku. Górną granica były dwa lata, czyli okres, w którym obowiązkowy haracz dla państwa jest niższy.

Ja sama owej modzie uległam. I dlatego też stworzyłam cykl Moda na Biznes, który dedykowany był osobom rozważającym otwarcie własnej działalności. Moim celem było powiedzenie im, czym tak naprawdę, wbrew wielu dziwnym mitom, jest bycie przedsiębiorcą i na czym polega prowadzenie biznesu. Ponieważ najczęściej nie były to „hurra motywujące” historie i fakty, na spotkania przychodziło coraz mniej osób. Nikt nie chce słuchać o negatywnych i porażkach chociaż przeszło 90% firm upada do dwóch lat od ich rejestracji. Ludzie wolą historie sukcesu startupów, którym udało się zakorzenić na rynku, a których jest de facto mniej niż 10%.

Dziś moja Moda na Biznes jest w stanie hibernacji, ale w najbliższym czasie planuję zamienić pierwotne spotkania z przedsiębiorcami i prowadzone na żywo prelekcje na wywiady online, które będę publikować na swoim kanale na YouTube, na którym występuję jako Dżoolka. Jestem hipsterem, co znaczy, że jestem dość konserwatywna, ale trzeba iść z duchem czasu. YouTube daje znacznie większe możliwości dużo szerszego dotarcia do grona zainteresowanych tematyką edukacji o biznesie. Czy zachowam tam swoją koncepcję dotyczącą również tych negatywnych historii firm – nie wiem. Nie jest łatwo dotrzeć do przedsiębiorców, którym nie wyszło, bo mało kto o nich słyszał. Im samym również nie raz trudno też jest mówić o porażkach zwłaszcza gdy nie udało im się podnieść albo jeszcze tego nie zrobili.

Co najczęściej według Ciebie, wciąż powstrzymuje Polaków przed założeniem własnego biznesu?

Po Wielkiej Modzie na Biznes wywołanej falą dotacji zarejestrowaliśmy falę bankructw. Ponieważ mówi się o tym coraz więcej również z racji tego, że rząd nie pozostał na owo zjawisko obojętny i wziął się za ustawy dotyczącej sektora mikro- i MŚP, ludzie są coraz bardziej świadomi tego, że własna firma to nie krótka wycieczka do słynnego jednego okienka w urzędzie, przy którym w przeciągu pięciu minut uporają się z całą biurokracją, a następnego dnia klienci wbiegną do ich biura bijąc się w drzwiach, kto pierwszy.

Coraz więcej zmian w ustawach dotyczących przedsiębiorców to coraz więcej informacji w mediach i zainteresowania społeczeństwa tym, jak to wygląda naprawdę. Co zatem moim zdaniem najczęściej powstrzymuje Polaków przed rzuceniem etatu i założeniem firmy? Polskie prawo podatkowe. I w sumie to byłoby na tyle w tym temacie. A! Ewentualnie jeszcze mądrość. A raczej jej brak. Im ktoś ma jej mniej, tym szybciej biegnie, żeby rzucić się w niebezpieczną otchłań oceanu, albo skoczyć na główkę do nieznanego sobie akwenu.

Część osób twierdzi, że pisanie biznesplanów jest zbędne. Czy też tak uważasz?

Tak, słyszałam o tym nie raz i za każdym razem wynikała z tego okropna sprzeczka. Osoby, które tak uważają zaliczyłabym do tych skaczących na główkę chojraków. Biznes plan to genialny wynalazek, który po pierwsze zmusza do zastanowienia się nad tym, co tak naprawdę zamierzamy światu zaoferować. Wiele osób go nie lubi, ponieważ biznesplan i jego elementy bywają brutalne i potrafią zniszczyć całą koncepcję, a nawet zabić pomysł. I czasem dobrze, bo celem biznes planu jest zdefiniowanie uzasadnienia biznesowego dla firmy – czyli ustalenia, czy nasz pomysł w ogóle można zakwalifikować do kategorii biznesu. Może się bowiem okazać, że nasz pomysł jest nie tyle pomysłem na biznes, co na jakąś aktywność i formę spędzania wolnego czasu, która nie ma najmniejszego powodu przyniesienia nam jakichkolwiek korzyści finansowych. Jest jedynie naszym hobby.

Drugą korzyścią z jego tworzenia jest posiadanie gotowej strategii rozwoju. Biznes plan powinien być dokumentem dynamicznym, z którego korzystamy cały czas w miarę budowania swojego imperium i, który aktualizujemy w zderzeniach z rzeczywistością i uzupełniamy o nowe szanse i pomysły. Mój biznesplan dla Babeczkowej Poczty, będę się posługiwać przykładem swojego „najstarszego dziecka”, był potężnym motorem napędowym działań, jakie musiałam podjąć, żeby zacząć i rozwinąć ów pomysł. Przez pierwsze miesiące działałam budując swoje małe imperium na skalę Polski. Zresztą do dziś jest to jedyna taka usługa w kraju, a nawet w Europie.

W trakcie działania, czyli prowadzenia firmy, nie ma już czasu na myślenie i opracowywanie całej strategii od podstaw. Zresztą często też człowiek po prostu nie ma też już na to siły. Własna firma to praca, z której nigdy się nie wychodzi. Zawsze jest się w niej choćby mentalnie. Kiedy zrealizowałam pierwszy punkt babeczkowego biznes planu, byłam naprawdę wyczerpana. Ale ów punkt zrealizowałam – Polska zyskała usługę w postaci słodkiej alternatywy dla Poczty Kwiatowej.

Z ciekawości wzięłam do ręki biznesplan i ze zdziwieniem wyczytałam z niego kolejne dwa punkty do dalszego wdrażania, o których kompletnie zapomniałam. Były to kolejne rynki zbytu dla moich słodkich wyrobków:

– imprezy rodzinne w postaci wesel i komunii, na których babeczki mogły pojawiać się w formie upominków dla gości z indywidualizowanymi bilecikami

– rynek B2B, na który babeczki miały być oferowane firmom jako słodki gadżet reklamowy na targi, czy imprezy firmowe z bilecikiem z firmowym logo.

Wdrożywszy owe dwa punkty biznesplanu w życie zaktualizowałam go o kolejny, który tak naprawdę stworzyła jedna z klientek: babeczki stały się alternatywą dla świątecznych kartek, które wiele firm wysyła do swoich klarnetów i partnerów biznesowych z okazji świąt Bożego Narodzenia. Zatem – biznesplan jest potrzebny i przydatny:

  • po pierwsze do wstępnej weryfikacji pomysłu i sprawdzenia, czy dana idea jest faktycznie pomysłem na biznes, a nie tylko formą wyrażenia siebie i zrywem artystycznym
  • do zaplanowania procesu budowania firmy czy też marki
  • do stworzenia mapy dalszych działań, na których tworzenie i wymyślanie przez kolejne kilkanaście miesięcy przedsiębiorca z pewnością nie będzie mieć ani czasu, ani sił.

Jesteś właścicielką kilku marek. Czy uważasz, że przedsiębiorcy powinni dywersyfikować swoje biznesy i dlaczego?

Tak, tak właśnie uważam, a samą strategię dywersyfikacji lubię najbardziej. Zresztą swój pogląd tłumaczyłam kiedyś podczas jednej z prelekcji. Tłumaczyłam to na bardzo przejaskrawionym przykładzie budki w turystycznym kurorcie, która to budka w lecie stoi nad morzem i sprzedawane są z niej lody lub gofry, a najlepiej jedno i drugie, a zimą – w kurorcie narciarskim z goframi lub hot-dogami. Najlepiej z jednym i drugim.

Dywersyfikacja biznesu pomaga w walce z sezonowością, a w niektórych przypadkach również z koniunkturą. Co prawda niektórych branż spadkowa koniunktura nie dotyka, a przynajmniej nie w takim stopniu, żeby firma nie mogła tego przeżyć, ale inne – dotyka. Jak mawiała moja babcia – businesswoman: ludzie zawsze będą musieli jeść i się ubrać, dlatego najlepsze branże to spożywcza i odzieżowa.

Aczkolwiek ja skorygowałabym to „najlepsze” na „najbezpieczniejsze”. Nie wiem, dlaczego tak boję się tego, że biznes może paść, ale pewnym jest, że stosując strategię dywersyfikacji poziomej, jeśli jeden padnie, to drugi ma szanse przetrwać. A jeśli wszystkie się rozhulają to… Zawsze można któryś z nich sprzedać. Zresztą z takim celem nie jeden startup był budowany, ale o takich właśnie celach było już w poprzednim pytaniu. W kwestii budowania firm z wykorzystaniem dywersyfikacji poziomej nie jestem jednak odosobniona. Jeden z moich klientów jest trenerem biznesu, sezonowo ma bar, a do tego  apartamenty na wynajem.

Przed jakimi błędami chciałabyś przestrzec przyszłych przedsiębiorców?

Przytoczę tu znaną poniekąd wypowiedź Einsteina: Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów. To podstawa. I to można uznać za pierwszą przestrogę. Jeśli twój pomysł ma pozytywny i szczery feedback oraz zwolenników, a jednak nie idzie, to znaczy że coś robisz nie tak i powinieneś zmienić taktykę.

Kolejna rzecz: bardziej rada niż przestroga, jeśli coś idzie dobrze, wykorzystaj ów moment na stworzenie planu B, bo to, że coś świetnie idzie, nie znaczy, że zaraz nie padnie. Zapewne prędzej czy później właśnie padnie, a wtedy nie będziesz mieć głowy na opracowywanie planu B, bo, albo zje cię panika, albo będziesz łazić po zgliszczach, patrząc, czy zostało jeszcze coś, co można by uratować, albo chociaż jeszcze wykorzystać. Mi na przykład doskonale działała bezpłatna promocja Babeczkowej Poczty za pośrednictwem Facebooka. Udawało mi się docierać z informacją o usłudze do bardzo szerokiego grona odbiorców z całej Polski oraz do rodaków mieszkających zagranicą. Mocno mnie to rozleniwiło w kwestii szukania nowych kanałów promocji i uśpiło czujność.

Następna sprawa to wystrzeganie się toksycznych ludzi, którzy podcinają skrzydła i odbierają  wiarę w biznes. A, wracając do konwencji rady, nieco analogicznie do ostrzeżenia: otaczaj się życzliwymi ludźmi, ze strony których możesz liczyć na szczery – nie miły, ale szczery feedback oraz ludźmi, którzy wierzą w twój biznes.

Te dwa aspekty są naprawdę ważne i potrafią pomóc w przetrwaniu gorszych okresów zarówno firmy jak i twoich własnych dodając siły do walki o swój pomysł. Zresztą doskonałym przykładem jest tu Michał Sadowski i… Wręcz przerażające historia jego życia na początku budowania obecnego imperium, jakim jest stworzony przezeń Brand24.

Świat polskich start-upów okiem Michała Sadowskiego

Mi przez lata bardzo brakowało wspomnianego wsparcia i niejednokrotnie zastanawiam się, czy gdybym je miała, dziś nie byłaby już znacznie dalej. Teraz jestem w trakcie małej, życiowej rewolucji, więc liczę, że niebawem udami mi się przyśpieszyć swoje działania i nadrobić lata stracone na wysłuchiwanie krytyki ze strony najbliższych… i, że wdrażane obecnie zmiany faktycznie okażą się rewolucją, a nie powstaniem.

Ostatnią radą, czy też ostrzeżeniem jest to, że warto słuchać osób z większym doświadczeniem niż nasze, ale… Nie wszystko, co się od nich usłyszy, trzeba robić.

I ostatnia rzecz – znów rada, nie ostrzeżenie: warto nagrywać rozmowy z konsultantami przedstawiającymi nam oferty oraz czytać wszystkie umowy nie pomijając nagłówków i stopek. Może to pomóc zaoszczędzić sporo nerwów i czasu na chodzenie na policje i odwiedzanie prokuratury. Na rynku nie brakuje bowiem firm, które działają nieetycznie, dla których mikro- i mali przedsiębiorcy są najlepszymi kąskami z racji braku funduszy na prawników.

 Czy myślenie o ekspansji zagranicznej już na samym początku działalności to na pewno dobra droga?

Według braci Kotler, guru marketingu – tak. Filip i Milton uzasadniają to stwierdzenie przytaczając przykłady firm, które ze swojej ekspansji zagranicznej uzyskują znacznie większe przychody niż ze sprzedaży produktów, czy usług na rodzimym runku. Oczywiście wszystko zależy od czasu, miejsca i możliwości. Trzeba uważać, żeby swojej firmy nie przeinwestować robiąc taki nagły, globalny zryw, bo, mając nawet świetny produkt, może się to źle skończyć.

Bliskie sąsiedztwo krajów wcale nie oznacza, że wszystko działa w nich tak samo lub podobnie. Na przykład niemiecki rynek e-commerce, czyli związany z handlem przez Internet rządzi się całkiem innymi prawami niż u nas. Przykładowo sklep internetowy dla klienta niemieckiego musi zawierać odpowiedni kontent i konstrukcję, żeby klient odebrał go jaki platformę godną zaufania, na której można dokonać zakupów.

Warto więc mieć z tyłu głowy myśl o ekspansji, ale dobrze jest się wcześniej odpowiednio do niej przygotować, aczkolwiek ja pluję sobie w brodę, że sama przez tyle lat nie podjęłam tego kroku i planuję go dopiero na ten rok.

Jak postrzegasz korzystanie ze środków inwestorów czy też dotacji na rozwój własnego pomysłu? Uważasz, że to dobry pomysł?

Jak już wspomniałam może to być zgubne. Sama rozważałam kiedyś wsparcie inwestora, ale warunki, z jakimi wiązało się owo wsparcie były dla mnie nie do przyjęcia. W zamian za inwestycję w pomysł i jego rozwój musiałabym w pełni oddać pałeczkę – tworzenie całej firmy, jej struktur oraz późniejsze nią zarządzanie. A jako absolwentka właśnie studiów z zarządzania chciałam zarządzać swoim pomysłem sama i móc w pełni i po swojemu go rozwijać.

Proponowane przez inwestora rozwiązanie byłoby idealne np. dla Marii Skłodowskiej-Curie, która kochała swoje laboratorium i świata poza nim nie widziała. Inwestor mógłby finansować jej badania – a tak naprawdę jej pasję i zająć się ich komercjalizacją efektów jej pracy. Moją pasją jest strategia i budowanie własnego imperium. Jeśli ktoś ma podobnie, lepszym wsparciem byłaby wiedza i dofinansowanie pomysłu, ale bez oddawania wszystkiego.

A jeśli chodzi o dotacje, to… Ja swoją musiałam zwrócić. Przyznano mi kwotę około 17,900 zł na zakup sprzętu umożliwiającego pracę, który to sprzęt kupiłam.  Po roku zarządzano ode mnie jednak zwrotu ponad 20 tys.zł, ponieważ powyższa kwota była oprocentowana na 13% w skali roku.

Z tej perspektywy czasu cieszę się, że tak się stało, czyli, że musiałam oddać dotację – aczkolwiek nie zrobiłam tego fizycznie ja tylko moja mama, bo ja tych pieniędzy nie miałam i, zgodnie z umową z Urzędem Pracy, który dotację mi przyznał, groziły mi dwa, albo trzy lata więzienia – bo dzięki temu teraz wszystko, co udało mi się zbudować zawdzięczam tylko sobie i Bogu, a nie czyjejś zapomodze.

Przeczytaj także na MamBiznes.pl

Komentarze

Maximus

17 stycznia 2019 Odpowiedz

Piszecie, że kobieta sukcesu to się biorę za czytanie. Dobra jestem po lekturze i sie pytam gdzie ta wspomniana kobieta sukcesu? (przepraszam Pani Julio). Mamy chyba różne definicje. Ale jest plus tego artykułu, że biznes to nie regon czy nip tylko rynek=ludzie=klienci i wreszcie podatki i zyski. Większość młodych ulega modzie nie mając pojęcia o własnej działalności. Druga rzecz, która mnie cieszy, to że ludzie zaczynają rozumieć, że własną dzialalnosc to naprawdę ciężko kawałek chleba.

czeskipodarunek

17 stycznia 2019 Odpowiedz

Pani Julia sprzedaje poprzez internet mieszankę czekolady Wawel, migdałów i suszonej śliwki w formie babeczek w cenie od 1764,70 Pln za kilogram. Kupując w detalu wcześniej wymienione surowce można samemu w domu zrobić sobie taki babeczki w cenie ok. 400,00 Pln za kilogram. Sukcesem Pani Juli jest to, że są chętni zapłacić cztery razy więcej.

muł_roboczy

17 stycznia 2019 Odpowiedz

obiad w restauracji kupujesz za np 60 -70 zł a gdybyś miał umiejętności i chęci to mógłbyś zrobić go sobie sam w domu w kwocie ok 10 zł 🙂
Artykuł pisany jest pewnie na zamówienie jednak to dalej dobrze świadczy o tym, że Pani Julia się nie poddaje. Ja osobiście trzymam kciuki

Dżoolka (Julia Daroszewska)

21 stycznia 2019 Odpowiedz

Nie, nie jest pisany na zamówienie.
Nigdy nie posunęłabym się do czegoś takiego.
To wywiad na zaproszenie pana redaktora Bartłomieja Godziszewskiego.

A co do przepisu: powstawał 8 lat.
W ciągu 7-miu lat od ostatecznej jego wersji babeczki nie smakowały 3-em osobom, w tym oczywiście mojej mamie i czlowiekowi, ktory w ogóle nie je czekolady. Wszystkie pozostałe z różnych stron świata były zachwycone ich smakiem.
Polecam spróbować. Wręcz życzę, żeby ktoś Ci, Czeskiprodukcie, zamówił je z życzeniami. Tak od serca. Bo po to one właśnie powstały.

Janek

17 stycznia 2019 Odpowiedz

To chyba jakiś żart lub płatny artykuł 🙂 Czasami mi się wyświetlały przemyślenia Pani Julii na linkedin i musiałem ustawić, aby mi się nie wyświetlały.
Serio, przestańcie promować ludzi, którzy na to nie zasługują. Inaczej nie wyrwiemy się z bylejakizmu.

muł_roboczy

17 stycznia 2019 Odpowiedz

Droga do bycia kobietą sukcesu wcale łatwa nie jest, o czym przekonała się niewątpliwie autorka powyższego artykułu. Nie rozumiem tylko dlaczego od razu komentujecie to dosyć brutalnie. Dziewczyna się nie poddała po niepowodzeniach i nie poddaje się dalej zmierzając do obranego celu – to wg mnie bardzo dobre cechy przedsiębiorcy. Stara się być uczciwą czego nie można powiedzieć o naprawdę sporej rzeszy „biznessmenów” nie potrafiących regulować należności !
Pani Julio jeśli mogę coś doradzić to proszę przestać koncentrować się na możliwości niepowodzenia i skupić na tym, żeby biznes rozwijać motywując się pozytywnym myśleniem. Ryzyko prowadzenia danego biznesu powinna Pani brać pod uwagę w momencie pisania biznes planu a później zwyczajnie się na nim nie koncentrować (chyba, że dane ryzyko zacznie się realizować).
Nie dziwię się, że nie wyszła Pani „moda na biznes” bo za bardzo skupiała się Pani na możliwym ryzyku , ograniczeniach i obawach zamiast nakręcać jeszcze bardziej pozytywne emocje towarzyszące osobom chętnym podjęcia własnej działalności, wskazując ewentualnie słabe punkty biznesplanu lub sposób radzenia sobie z przeciwnościami.
Więcej optymizmu !! 🙂

Dżoolka (Julia Daroszewska)

21 stycznia 2019 Odpowiedz

Nie, nie jest pisany na zamówienie.
Nigdy nie posunęłabym się do czegoś takiego.
To wywiad na zaproszenie pana redaktora Bartłomieja Godziszewskiego.

A co do przepisu: powstawał 8 lat.
W ciągu 7-miu lat od ostatecznej jego wersji babeczki nie smakowały 3-em osobom, w tym oczywiście mojej mamie i czlowiekowi, ktory w ogóle nie je czekolady. Wszystkie pozostałe z różnych stron świata były zachwycone ich smakiem.
Polecam spróbować. Wręcz życzę, żeby ktoś Ci, Czeskiprodukcie, zamówił je z życzeniami. Tak od serca. Bo po to one właśnie powstały.

Dżoolka (Julia Daroszewska)

21 stycznia 2019 Odpowiedz

Dziękuję 🙂

Komentarze

Dodaj komentarz

*
*