Od pokoleń prowadzą kiszonkowy biznes

Historia ich rodzinnego biznesu sięga 60 lat wstecz. To właśnie wtedy rodzina Sznajderów rozpoczęła przygodę z kiszonkowym biznesem. Dziś firmę prowadzi już trzecie pokolenie, odnosząc coraz większe sukcesy, choć jak sami mówią nie jest łatwo.

Na zdjęciu Emilia i Michał Sznajder; Fot. Łukasz Giza

Bartłomiej Godziszewski: Wasz biznes ma już kilkadziesiąt lat. Jak to się zaczęło?

Emilia Sznajder-Chmura: Tak, to prawda, w naszej rodzicie kisimy już niemal 60 lat! Zaczęło się od babci i dziadka. Dziadek Stefan tuż po wojnie osiedlił się Dolinie Baryczy, a pochodził aż ze Stanisławowa. Był świetnym stolarzem, a z czasem bednarzem, bo okazało się, że właśnie w Dolinie Baryczy najwięcej zamówień miał na dębowe beczki. Razem z żoną Zofią prowadzili też swoje gospodarstwo i pewnego lata, gdy im ogórki obrodziły, stwierdzili, że może też zakiszą. Z czasem zaczęli kisić coraz więcej, mieli swoich beczek pod dostatkiem, wykopany staw za domem, w którym te beczki na zimę topiono. Kiedyś nie było chłodni, więc trzymanie beczek pod lodem było idealnym sposobem na przechowanie kiszonek aż do wiosny! I tak się zaczęła przygoda z kiszeniem w naszej rodzinie. Zofia i Stefan mieli dwóch synów: Jana i Włodzimierza, mojego tatę. Obaj kontynuowali rodzinną tradycję i przekazali wiedzę swoim dzieciom. Gospodarstwo moich rodziców prowadzi mój brat Michał Sznajder, a ja z mężem zajmujemy się dystrybucją.

W Dolinie Baryczy było więcej podobnych firm. Dlaczego zostały zamknięte i jak Wam udało się przetrwać?

Okazuje się, że tradycja kiszenia sięga XIX wieku. Trafiliśmy na mapy kulinarne dawny Niemiec i już w 1897 roku Dolina Baryczy była oznaczona dębową beczką z napisem „Sauerkraut”. Dziadek osiedlił się w „stolicy kiszonej kapusty”. Jednak teraz kiszą już tylko Sznajderowie. Myślę, że spowodowało to wiele czynników. Kiedyś każdy w domu kisił, to było naturalne. Teraz mało kto robi przetwory, ba! nawet nie gotuje się obiadów w domu codziennie. Sporo ludzi opuściło wieś, wyjechało do miasta lub do pracy za granicę. To trudna i ciężka praca, nieprzewidywalna, zależna od pogody, wahania cen są jak na giełdzie papierów wartościowych. Podczas gradobicia można wszystko stracić w jedną chwilę. To, że dalej podejmujemy ten trud wynika z tego, że dobrze się czujemy tu na wsi i kochamy to co robimy. Mamy też swój plan na ten biznes i trzymamy się go – rośniemy powoli, inwestujemy, gdy uzasadnia to poziom sprzedaży, konsekwentnie budujemy swoją markę, nie produkujemy pod marki własne pośredników, utrzymujemy relacje z klientami, a w szczególności z konsumentami – uczestniczymy w targach, jarmarkach, imprezach plenerowych, sportowych, gdzie zawsze prowadzimy darmową degustację i zbieramy opinie. Staramy się być widoczni, transparentni, prowadzimy dni otwarte, prowadzimy warsztaty kiszenia, dzielimy się wiedzą, nie idziemy na skróty – to buduje zaufanie i lojalność, a w konsekwencji przekłada się na stały wzrost sprzedaży.

Pracowałaś wspólnie z mężem w korporacji. Dlaczego podjęliście decyzje o wejściu w rodzinny biznes?

Urodziły nam się dzieci i zdaliśmy sobie sprawę, ile czasu zajmuje nam praca dla kogoś. Jako analitycy finansowi byliśmy odpowiedzialni za szereg raportów, które trzeba było opracowywać często do późna w nocy. Ja zajęłam się naszymi córeczkami, a mąż ciągle pracował w korpo, wracał do domu właściwie na kolację. Ciągle łudziliśmy się, że będzie ok, nowy zespół, nowe obowiązki, poświecimy rok, pracując po kilkanaście godzin na dobę, a potem będzie szansa na te 9-10h bez „ad hoców”. Ale niestety tak nie było. To były czasy, kiedy człowiek walczył o pracę. Teraz jest zupełnie inaczej – rynek pracownika. Poznaliśmy się na rozmowach kwalifikacyjnych. Miejsc było dla 8 osób, kandydatów było ponad 2000! W tej ósemce znalazłam się ja i Jarek. Teraz się śmiejemy, że to było przeznaczenie:) Ale tak naprawdę płatną pracę dostawali najlepsi z najlepszych. Tyle, że po kilku latach zdajesz sobie sprawę, że w korporacji, jeśli jesteś świetny, to nigdy nie będziesz pracować 8h dziennie. Bo zawsze znajdą się „kolejne pożary do ugaszenia”. I podjęliśmy decyzję, że przeprowadzamy się z Warszawy do mniejszego i spokojniejszego Wrocławia. Mój brat akurat potrzebował wsparcia w gospodarstwie, na początku to miała być tylko chwilowa pomoc. Ale okazało się, że to strzał w dziesiątkę! Praca na swoim, dla siebie daje ogromną satysfakcję, a na dodatek można samemu planować swój czas. Pracujemy razem, spędzamy czas z dziećmi, planujemy tak dzień, tydzień, miesiąc by wszystko pogodzić i to od nas zależy czy zrezygnujemy z przedstawienia dziecka w przedszkolu, czy nie. A nie od centrali w USA, czy Francji, bo właśnie trzeba wygenerować nowy raport. Taka wolność jest warta każdego stanowiska. Zrezygnowaliśmy z dobrych, bezpiecznych pensji i ryzyko się opłaciło.

Kiszonkowy biznes; Fot. Lukasz Giza

Czy w trakcie przejmowania od rodziców firmy, pojawiały się jakieś problemy?

Oczywiście. Tak jest chyba w każdej rodzinnej, wielopokoleniowej firmie. Starsze pokolenie jest przekonane, że wszystko wie najlepiej. Młode potrzebuje dobrej rady i wsparcia, ale nie sterowania. U nas było burzliwie, ale każdy znalazł miejsce dla siebie. Myślę, że fakt, że byliśmy niezależni i w każdej chwili mogliśmy wrócić na rynek pracy w korporacji powodował u nas pewność siebie i dawał siłę do realizacji nowych strategii w firmie. Wiedzieliśmy, co chcemy wnieść do biznesu i tylko pod tym warunkiem, byliśmy gotowi pracować. Doświadczenie w korporacjach przydało nam się, bo wiedzieliśmy co się sprawdza – nie kopiowanie konkurencji, nie walka cenowa, tylko znalezienie swojej niszy, wypracowanie unikalności. Determinacja się opłaciła. Szczególnie mojemu tacie trudno było zaakceptować zmiany – odejście od sprzedaży do dużego hurtu, na rzecz sprzedaży w szklanych słoikach, otwarcie gospodarstwa dla mediów, gości. Rodzice stresowali się, że wszystko musi być idealnie. Pamiętam, jak przyjechała Pani z telewizji i zrobiła 2 minutowy filmik o kapuście na polu. Wszyscy się cieszyli, sąsiedzi i klienci gratulowali. A tata był zły, bo widać było chwasty w tej kapuście i mówił „będzie wstyd”! Tyle, że za chwilę na naszym profilu na Facebooku pojawiła się lawina pozytywnych komentarzy: „widać, że naturalne”, „rośnie lebioda”, „pole nie było traktowane glifosatem przed posadzeniem” i … ze słabości zrobił się atut! Warto słuchać swojej intuicji, być odważnym i działać, nawet jeśli jest się prekursorem a właściwie szczególnie wtedy. Jesteśmy jednym z nielicznych małych gospodarstw rolnych, które wdrożyło elementy marketingu. Nie chcemy być czyimś podwykonawcą, a tak było przez wiele lat i to uzależniało nas od pośredników, to oni dyktowali ceny, a my zastanawialiśmy się, czy stać nas będzie na nasiona na kolejny rok. Zmiana strategii była trudna do zaakceptowania przez starsze pokolenie, ale teraz z biegiem czasu wszyscy widzą, że to był bardzo dobry krok.

Co jest najcięższego w tym biznesie?

Nieprzewidywalność. Często słyszymy niepochlebne słowa o rolnikach, za to traderzy z Wall Street są ikoną intelektu i zaradności. My mieliśmy okazję w życiu być tu i tu. Tak naprawdę prowadzenie gospodarstwa rolnego jest niczym gra na giełdzie, tylko efektem nie są zyski/straty na wirtualnych transakcjach, a potrzebna wszystkim – żywność. Rolnik musi zainwestować realne pieniądze, swój czas i ciężką pracę i nigdy nie ma pewności, czy wyrośnie, czy grad nie zniszczy wszystkiego w dziesięć minut (jak nam w sierpniu kilka hektarów kapusty podziurawił jak sito), czy sarny nie zjedzą świeżo posadzonej rozsady. Rolnik, jak już mu wyrośnie, nie wie za ile to sprzeda. Cena, jak na giełdzie zależna jest od popytu i podaży, notowania są codzienne. Trzeba jakoś się zabezpieczać – naszą strategią hedgingową jest różnorodność warzyw, uprawiamy takie, które dojrzewają latem (ogórki) i jesienią (kapusta). Jak jest niska cena na kapuście, jest szansa nadrobić na ogórku. Ale najważniejszym elementem jest sprzedaż produktu przetworzonego. Najmniej zarabia ten, który sprzedaje produkt świeży. Dużo się teraz mówi o owocach, których ceny są tak niskie, że nikomu nie opłacało się zrywać. Koszty pracy są bardzo wysokie. My w zeszłym roku, po podliczeniu kosztów wynagrodzeń i ilości zebranego ogórka, płaciliśmy za oberwanie średnio 90 groszy za 1 kg zerwanego ogórka. To są koszty samej pracy przy zbiorach! Kiszenie pozwala nam rozłożyć sprzedaż w czasie, nie musimy sprzedać wszystkiego na raz, w szczycie sezonu, kiedy jest najtaniej. Sprzedajemy cały rok i średnia cena jest dzięki temu wyższa. Praca rolnika jest nie doceniana. Lekką ręką wydajemy 10-15 zł na kawę na wynos, a za kilogram dobrych, zdrowych warzyw i owoców chcemy płacić po 2 zł. Brakuje patriotyzmu lokalnego. Niemcy kupują to co niemieckie. Polacy uwielbiają to co zagraniczne. Polska kuchnia jest passe, na topie pizza, sushi, z kiszonek ewentualnie koreańskie kimchi, a tymczasem, każdy z nas musi jeść, codziennie. Warto zadbać o tych, którzy nam tę żywność dostarczają, warto myśleć szerzej. Codziennymi decyzjami zakupowymi możemy sprawić, że świeże, polskie, wysokiej jakości owoce i warzywa będą dostępne. Suwerenność żywieniowa, fair trade, slow food, ocieplenie klimatu to hasła, które mają bardzo dużo wspólnego z polskim rolnictwem.

Z drugiej strony jakie są największe zalety takiego biznesu?

Wiesz, dla mnie zawsze bardzo ważna była etyka. Pracując w koncernach, analizujesz liczby i nagle do Ciebie dociera skąd biorą się gigantyczne zyski i budżety reklamowe. Globalizacja sprawia, że kupujesz coś okazyjnie, ale dlatego, że ktoś w Indiach, Chinach czy Indonezji na tym ucierpiał. Tego, jako konsument nie wiesz. Często nie wiesz nawet jako pracownik. Ale my byliśmy analitykami i to tymi najlepszymi z najlepszych. Więc szybko wydedukowaliśmy, że ta cała machina wyprodukuj-sprzedaj, kręciła się wokół odpowiedniej ilości reklam w TV i ładnego opakowania, a zawartość mizerna, nieadekwatna co ceny.

I co z tego, że dobrze płacą? Pracując u siebie masz wpływ na to, co produkujesz, jaka jest zawartość słoiczka i jaka jest cena. Brzmi idealistycznie? Dziwnie? Ale, czy my jesteśmy, tacy jak wszyscy? Kto rzuca świetne posady w Warszawie i zaczyna zajmować się kiszoną kapustą? No właśnie 🙂 Dla nas niesamowicie ważne jest to, że te produkty naprawdę służą ludziom. Nasze produkty wspierają zdrowie, często powtarzamy, zamiast do apteki leć do warzywniaka. Zamiast kupować probiotyki w kapsułkach po 100 zł za paczkę całe ich bogactwo masz w niepasteryzowanej kiszonej kapuście za 5 zł. Zatrudniamy lokalnych, sezonowych, często wykluczonych z rynku pracy pracowników, płacimy regularne, uczciwe pensje. Bazujemy na naszych warzywach, więc znamy nasze kiszonki od ziarenka. Nie bierzemy udziału w wyścigu na wydajność z hektara, nie przenawozimy, nie pędzimy warzyw, by szybciej rosły. Zbieramy i kisimy w sezonie. Nie mamy ogórków małosolnych w lutym, jak w marketach. Nie kupujemy taniej kapusty z Azerbejdżanu i nie kwasimy jej kwasem mrówkowym (choć oferty kupna „ułatwiających życie rolnikom specyfików” wpływają do nas co najmniej raz w tygodniu). Jesteśmy wierni sobie, naszej tradycji kiszenia. Na etykiecie widnieje mój numer telefonu. Każdy może zadzwonić i porozmawiać o produkcie. Co nam to daje? Radość, dumę, energię do działania, dobre słowa od konsumentów, zachwyty na targach – a to jest bezcenne i warte wszystkiego!

Fot. materiały prasowe

Gdzie i jak dużo sprzedajecie wasze kiszonki?

Zmiana pokoleniowa spowodowała też zmianę w dystrybucji. Kiedyś naszymi głównymi odbiorcami były duże firmy, które skupowały produkty od okolicznych małych rolników, naklejały swoją etykietę i sprzedawały z często 3 krotną marżą. Nie 30-50 proc., a 300 proc . Pozostałe 20 proc. produkcji było sprzedawane bezpośrednio do małych, lokalnych warzywniaków. Po zmianie strategii w pierwszych dwóch latach udało się zamienić proporcje na 80% sprzedaży bezpośredniej na rynek tradycyjny i tylko 20% do dużego hurtu. Ten rok jest przełomowy, w sezonie 2018-2019r. 100 proc. sprzedajemy pod własną marką i z radością możemy odmawiać gigantom. Sprzedaż pod własną marką powoduje, że średnia cena sprzedaży jest wyższa, a ostateczny konsument nadal ma tanio, bo bez całego łańcuszka pośredników. Wreszcie zaczyna nas być stać na inwestycje w naprawy wieloletnich budynków, chłodni, zakup deszczowni, czy instalację paneli fotovoltaicznych. To pierwszy rok, kiedy możemy doinwestować nasze stare gospodarstwo. Bardzo się cieszymy, że zaczyna być moda na lokalne, na polskie, na zdrowe i na kiszone! To dobrze rokuje na przyszłość. Ale  konieczne jest konsekwentne budowanie świadomości zdrowego żywienia wśród młodego pokolenia, dzieci. Nie stać nas na reklamy co pięć minut: „jedz płatki dla zdrowia, jogurcik na kości, krem orzechowy na rozum”. Wśród rodziców często obserwujemy stereotypowe myślenie, że dzieci lubią słodkie i reklamowane. Jak zachęcić młode pokolenie do kiszonej kapusty? My mamy swój patent – prowadzimy warsztaty kiszenia. Przyjeżdża autokar dzieciaków i w świetlicy wiejskiej każde dziecko samo kisi swoją kiszonkę, a potem robi kolorowe surówki z kiszonek, a na koniec biegamy po polu kukurydzy, bawimy się w chowanego, pieczemy ziemniaki w ognisku albo łuskamy bób. I wiesz co? Kalendarz na jesienne warsztaty zapełnia mi się już w marcu! Dzieciaki z miasta są zachwycone przestrzenią, tym, że mogą same coś kroić, trzeć, ugniatać, mieszać, tym że mogą biegać i się bezkarnie, bez stresu ubrudzić. I okazuje się, że kiszone, kwaśne i słone im smakuje! Choć niejednokrotnie mają okazję jeść to pierwszy raz. Dzieci dostają do domu swoje kiszonki, zachwycone opowiadają rodzicom, a potem rodzice dzwonią i pytają, gdzie mogą kupić nasze kiszonki 🙂 I tak to się dzieje.

Prowadzisz ciekawy biznes i chciałbyś o tym opowiedzieć? Napisz na kontakt@mambiznes.pl. Opiszemy Twoją historię!

Jakie macie plany na przyszłość?

Naszym celem nie jest budowa kiszonkowej korporacji. Chcemy zachować tę unikalność, którą mamy. Produkować tyle co zawsze, tylko sprzedawać pod własnym nazwiskiem. W porównaniu do konkurencji jesteśmy „pionkami”, kisimy rocznie po 200 ton kapusty (małe i średnie konkurencyjne firmy kiszą na poziomie 15 tysięcy ton rocznie). Chcemy by nasz produkt się nie zmienił, pilnujemy jakości, osobiście doglądając każdego procesu. Chcemy za to wprowadzać nowe, krótkie serie kiszonek sezonowych oraz rozwijać segment niepasteryzowanych soków z kiszonych warzyw. Bo kisić można naprawdę wszystko. A to wszystko jest możliwe przy obecnej skali. Zaufanie, jakim konsumenci nas obdarzyli, jest dla nas wiążące. Nie potrzebujemy zarabiać więcej i więcej. Dużo cenniejszy jest dla nas czas, który mamy dla nas i naszych dzieci. Tego nauczyliśmy się w korporacjach. Co z tego, że rosną zera na koncie, gdy nie masz czasu iść do przedszkola na teatrzyk?

Angażujemy się za to w działalność społeczną, prowadzimy wykłady dla rolników na temat marketingu, zapraszamy lokalne grupy działania na wizyty studyjne, organizujemy warsztaty motywacyjne dla kół gospodyń wiejskich.

Wiem, że będąc nastolatką nie chciałaś mieć z kiszonką nic do czynienia. Czy gdybyś mogła cofnąć czas postąpiłabyś podobnie?

Zdecydowanie tak! Nic nie dzieje się przypadkiem i wszystko jest właściwe. Taką mam filozofię. Wszystko co działo się w moim życiu przydaje mi się teraz. W dzieciństwie nie było łatwo zaakceptować, że wyczekane wakacje to tak naprawdę praca w polu, bo sezon ogórkowy zaczynał się u nas dosłownie. Ale to nauczyło mnie pracowitości, hartu ducha, radości z niewielkich rzeczy, dało mi niesamowity kontakt z przyrodą i wiedzę, że obcowanie z nią daje energię i radość życia. Wymarzona praca w Warszawie dała mi niezależność finansową, ale wiesz czego mi najbardziej brakowało? Niebieskiego nieba i zieleni po horyzont. Do tego stopnia, że mieszkając w pięknym apartamencie, większość wolnego czasu spędzałam z dziećmi na ogródku działkowym, gdzie na 400 m2 uprawialiśmy ogórki! A one tak rosły, że nadmiar woziliśmy do ZOO dla świnek morskich. To był znak, że potrzebuję powrotu do korzeni. Bardzo spodobało mi się zdanie jakie ostatnio mignęło mi na FB: „Wszystko zawsze układa się pomyślnie. A jeśli nie jest pomyślnie, to znaczy, że jeszcze się układa”.

Przeczytaj także na MamBiznes.pl