Polacy chcą swoim spaghetti podbić świat. „Założyliśmy firmę w trakcie juwenaliów”

Wszystko zaczęło się od krakowskich juwenaliów. W tym czasie Przemysław Tymczyszyn i Marcin Szworak zdecydowali się na uruchomienie własnej sieci street foodowej serwującej spaghetti. W ciągu zaledwie kilku lat ich lokale pojawiły się w większości dużych miast Polski i w Hamburgu. Już niebawem marka Makarun trafi również do Dubaju, Czech, Rumuni czy też do krajów afrykańskich. – Nie ma jeszcze na świecie franczyzowej sieci restauracji, sprzedającej spaghetti jako szybkie danie na wynos. Byłaby to fałszywa skromność, gdybym powiedział, że nie mamy na to chrapki, choć wiem, że czeka nas ogrom pracy – mówi Przemysław Tymczyszyn, współzałożyciel Makarun.

Na zdjęciu Przemysław Tymczyszyn i Marcin Szworak

Bartłomiej Godziszewski: Wasza przygoda z biznesem nie zaczęła się od Makarunu?

Przemysław Tymczyszyn: Przed Makarunem prowadziliśmy portal podróżniczy. Jako studenci byliśmy ciekawi świata. Założył go Marcin, pozyskał nawet na ten cel dotację. Któregoś razu wróciłem z Mont Blanc natchniony nowymi pomysłami i zaproponowałem, żeby zrobić z tego poważniejsze i dochodowe przedsięwzięcie. To był pomysł na połączenie biznesu z pasją. Portal istniał dwa lata. Pracowaliśmy nad jego reedycją, stworzyliśmy nawet wersję beta, bo naprawdę miał potencjał rozwojowy, ale wtedy doszło do różnych zdarzeń losowych i temat się skończył.

Natomiast wiedzieliśmy na pewno, że chcemy coś razem dalej robić.

Skąd wziął się pomysł na stworzenie Makarunu?

W dużej mierze z naszych podróży. Widzieliśmy, że street food serwujący dania typu „take away” jest w innych krajach bardzo popularny. Może być prosty, szybki i znakomitej jakości. Jako studenci dostrzegaliśmy niszę na polskim rynku. Byliśmy własną grupą docelową. Studentów nie było stać na drogie restauracje. Tanich jadłodajni było stosunkowo niewiele, a to co serowały pozostawało wiele do życzenia i było monotonne. Ileż można jeść kebaba czy zapiekanki? Postanowiliśmy więc spróbować naszych sił w gastronomii także z myślą o nas samych.

Jak wyglądały początki? Co było najcięższe?

Juwenalia w Krakowie, tłum oblegający naszą przyczepę, wydawanie 1000 porcji dziennie, praca po 16 godzin – tak wyglądały początki. Ale nie fizyczne zmęczenie było najtrudniejsze. Najwięcej działo się w głowie. Nie było w ogóle pytania, czy biznes się powiedzie. Nie było innej opcji. Musiał! Nawet jeżeli mielibyśmy pracować po 20 godzin. Podjęliśmy zobowiązanie, włożyliśmy w interes nie tylko swoje pieniądze, ludzie nam zaufali. Nie mogliśmy ich zawieść. I to chyba było  najtrudniejsze do udźwignięcia dla młodego faceta – spadła na nas spora odpowiedzialność. Ale właśnie dlatego, że ją czuliśmy, nie mogliśmy odpuścić. Parliśmy do celu jak czołg, zdeterminowani „na maksa” i nie było dla nas przeszkód nie do pokonania, ani spraw nie do załatwienia. Było w tym także wiele młodzieńczego entuzjazmu. Cięższe chwile tak naprawdę przyszły później, kiedy biznes kręcił się już na dobre. Wkradała się monotonia, pojawił stres, przytłaczał nadmiar zajęć. Ten etap też trzeba przejść i wynieść z tego naukę.

Jak sfinansowaliście swój pomysł na biznes?

Ja wziąłem kredyt, Marcin sprzedał swój motor. Pożyczyliśmy pieniądze od rodziców. Czasami żartuję, że byliśmy jednym z niewielu strat-upów, które nie skorzystały z dotacji lub wkładu inwestora i na dodatek się utrzymał. Wystarczyło na zakup przyczepy, podstawowego sprzętu i zatowarowanie. Przepisy na makaron dostarczyła nam mama Marcina, niektóre to inwencja własna. Od początku mieliśmy założenie, że nasze jedzenie ma być przynajmniej nie gorsze niż domowe i smakować nam oraz naszym znajomym, na których testowaliśmy nasze propozycje.  Wyszło chyba lepiej niż się spodziewaliśmy.

Co sprawiło, że udało się wam odnieść tak duży sukces?

Wpłynęło na to wiele czynników, poczynając od naszej determinacji na szczęściu kończąc. Ale przede wszystkim wygraliśmy dobrze przemyślanym produktem. Znaleźliśmy niszę na rynku. Spaghetti w Krakowie serwowały wówczas tylko restauracje. Ich oferta była skierowana do osób o zasobniejszych portfelach. Moda na bardziej wyrafinowany street food dopiero w Polsce się zaczynała. Trafiliśmy w dobry moment i weszliśmy z produktem, który trzymał jakość, ale cenowo był dostępny dla każdego. Stosunek ceny do jakości – to było to czym od razu zyskaliśmy klientów. Makarun był wyrazisty (charakterystyczny pomarańczowy kubeczek rzucał się w oczy na ulicy) i dobrze smakował. Dlatego ludzie do nas wracali i cały czas wracają. Dzięki trafionemu produktowi możemy się nadal rozwijać.

Wygraj udział w programie „Pomysł na biznes” i zaprezentuj swoją firmę na łamach Pulsu Biznesu oraz MamBiznes.pl. Wystarczy wypełnić krótką ankietę!

Ważnym czynnikiem był też sensownie sprofilowany odbiorca. Dobrze rozumieliśmy potrzeby naszej grupy docelowej – młodych ludzi, bo sami ją reprezentowaliśmy. Teraz już nie jesteśmy studentami, poszerzamy też naszą grupę odbiorców, ale wsłuchiwanie się w głosy klientów, nadal moim zdaniem jest kluczem do sukcesu. Prowadząc biznes, szczególnie gastronomiczny trzeba mieć kontakt z rzeczywistością i bardzo uważnie słuchać gości, bo to oni mają rację i wiedzą czego chcą, niezależnie od naszych wyobrażeń na ten temat.

Makarun; Fot. materiały prasowe

Dlaczego zdecydowaliście się na rozwój sieci w postaci franczyzy zamiast lokali własnych?

Zatoczyliśmy właśnie koło – zaczynaliśmy od własnych lokali, potem stworzyliśmy system franczyzowy, a teraz znowu dodatkowo budujemy sieć lokali własnych w Krakowie. Od początku był na Makaruna duży popyt. Ludzie przyjeżdżali do Krakowa i pytali dlaczego u nas go nie ma. Pojawiali się chętni, którzy chcieli otworzyć lokal w swoim mieście. Prowadzenie nowych punktów własnych poza Krakowem jest bardzo trudne. Przerabiamy to na przykładzie Poznania. Właściciel jednak musi być na miejscu, doglądać osobiście interesu, a my nie chcieliśmy się przeprowadzać. Nawiązywanie współpracy z ramach franczyzy dawało też większe możliwości kapitałowe. Nie mieliśmy wówczas pieniędzy na tak wiele inwestycji. Przez sześć lat rozwinęliśmy się w dużą sieć franczyzową. Pod jej szyldem działa obecnie 26 lokali  w 12 miastach i przyszedł czas na to, by dodatkowo zbudować sieć punktów własnych. W styczniu otworzyliśmy pierwszy lokal po redesignie w Orange Office w Krakowie. Planujemy w naszym mieście w niedługim czasie uruchomić około 10 nowych Makarunów w wersji „2.0”.

Czy udało się wam do swojego pomysłu przekonać mieszkańców Hamburga?

Hamburg to był program pilotażowy. Na jego przykładzie uczyliśmy się na czym polega prowadzenie franczyzy za granicą. Jak to wygląda od strony proceduralnej, językowej, biznesowej. Skala natomiast była zbyt mała, by mówić o tym, że przekonaliśmy cały Hamburg.

Już niebawem ruszacie z drugim lokalem poza granicami kraju – w Dubaju. Dlaczego właśnie ta lokalizacja?

Przykład Hamburga pokazał nam, że jeśli mamy się zaangażować zagranicą to musi to się odbywać na większą skalę. Nasz partner powinien na starcie zakładać, że będzie tworzył sieć w swoim kraju. Do inwestora w Dubaju dotarliśmy poprzez nasze biznesowe kontakty. Sam zaproponował nam lokalizację na słynnej sztucznej Palmie Jumeirah, w nowoczesnym pasażu handlowo-gastronomicznym The Pointe. Od razu też zadeklarował, że jest zainteresowany masterfranczyzą na całe Emiraty Arabskie. Nie odmawia się takiej propozycji. Nasz partner to obywatel brytyjski, od lat prowadzi interesy w Afryce i na Półwyspie Arabskim, gdzie cieszy się dobrą opinią. Umowę mamy podpisaną, trwają prace przygotowawcze. Makarun w Dubaju ma zostać otwarty we wrześniu, tuż po ramadanie.

Zdradzicie na jakie rynki planujecie jeszcze wejść? Kiedy możemy spodziewać się kolejnych lokali?

Naszym celem za granicą są głównie Czechy i Rumunia, choć nie tylko. Mamy dużo zapytań z tych krajów. Trwają z nimi niespieszne negocjacje i rozmowy, kiedy tymczasem zjawia się u nas przedsiębiorca z Algierii z bardzo konkretną i przemyślaną propozycją. Jest właścicielem dwóch dobrze prosperujących na tamtejszym rynku marek franczyzowych z Europy i chce jeszcze zainwestować w Makaruna. Przedstawił nam cztery perspektywiczne lokalizacje i zapowiedział,
że w przeciągu 5 lat otworzy 11 lokali w północnej Afryce. To dla nas zupełnie nieznany rynek, w ogóle do tej pory polska gastronomia nie zaistniała w tym regionie. Jesteśmy więc pionierami i być może nieco ryzykujemy. Ale w momencie kiedy rozmowy z europejskimi partnerami się przedłużają, na innym froncie pojawia się nieoczekiwana szansa. Szkoda by było jej nie wykorzystać.

Jakie macie dalsze plany na swój biznes?

Ostatni rok był dla nas naprawdę pracowity, ale teraz możemy cieszyć się efektami. Przeprowadziliśmy badania preferencji klientów Customer Experience. Na tej podstawie pracownia architektoniczna Schwitzke&Górski specjalizująca się w kreowaniu wizerunku marek, opracowała nowy design Makaruna, który otwiera nas na większą grupę klientów, mi.in pracowników biur i korporacji,  rodziny odwiedzające galerie handlowe. Lokale po rebrandingu otworzyliśmy w pierwszych miesiącach tego roku w Galerii Forum w Gliwicach i w Orange Office w Krakowie. Przyjęcie jest nadspodziewanie dobre. Produkt główny pozostał ten sam – spaghetti. Jest sprawdzony i smaczny, ale zmieniła się technologia jego przygotowywania i serwowania – live cooking go uwiarygadnia. Poszerzyliśmy asortyment, oferujemy opcje także dla wegetarian, dania śniadaniowe, mamy też Makaruna w wersji mniej kalorycznej. Jeśli chodzi o kwestie designu, skoczyliśmy o klasę wyżej. Pozwala to nam intensywniej rozwijać franczyzę, także w centrach handlowych klasy A. W naszym zainteresowaniu są Wrocław, Warszawa, a także północny-zachód kraju: Trójmiasto, Szczecin, Zielona Góra. W niedługim czasie planowane są otwarcia w Bydgoszczy, Kaliszu i Łodzi. Natomiast jest wiele miast, w których Makaruna jeszcze nie ma, a powinien być, ponieważ są tam nasi klienci. Postanowiliśmy też bardziej zdywersyfikować naszą ofertę franczyzową. Opracowaliśmy opcję dla inwestorów o mniej zasobnych portfelach: to w pełni wyposażony pawilon gastronomiczny, prosty do ustawienia, mobilny i stosunkowo niedrogi. Powstaje również kolejny foodtruck, który będzie stacjonował w Krakowie.

Makarun po rebrandingu stał się też atrakcyjniejszy biznesowo. Udało nam się pozyskać inwestora Grupę Gastomall, dzięki czemu możemy rozwijać koncept restauracji własnych w Krakowie.  Z fuzji z Gastromallem wynikają też inne zobowiązania i benefity, ale na razie jest za wcześnie, by o tym mówić.

Prowadzisz ciekawy biznes i chciałbyś o tym opowiedzieć? Napisz na kontakt@mambiznes.pl. Opiszemy Twoją historię!

Zaczynaliście w czasach studenckich swój biznes. Jak sądzicie czy to dobry czas na własny biznes?

Tak, z dzisiejszej perspektywy uważam, że to dobry czas. Jeśli człowiek wierzy w swój pomysł, to jest wtedy nie do zatrzymania. Poza młodzieńczym entuzjazmem, który pozwala optymistycznie patrzeć na wyzwania, ma się ogromnie dużo siły i nie jest się obciążonym innymi zajęciami. Mogłem sfokusować się tylko na tym, pracować 16 godzin, miałem jeszcze inną pracę, studiowałem. Odpadało tylko gotowanie – to nam zapewniał Makarun. Kiedy zaczynaliśmy, byliśmy tak zdeterminowani, że potrafiliśmy wyrzuceni z urzędu drzwiami, wrócić oknem. Jeżeli ktoś w Sanepidzie mówił, że „się nie da”, to staliśmy przy biurku tak długo, aż w końcu udawało się znaleźć rozwiązanie. Nawet nasi pracownicy mówili nam, że przy nas nauczyli się, że da się wszystko, choć czasami trzeba pokombinować. Odwaga, odpowiedzialność, parcie na sukces, otwarta głowa, umiejętność słuchania ludzi, intuicja – to przywileje młodości, które przy otwieraniu własnego biznesu bardzo się przydają.

Czy gdybyście się mieli cofnąć w czasie, poszlibyście tą samą ścieżką?

Zdecydowanie tak. Choć gdyby ktoś mnie zapytał, czy popełniliśmy błędy, odpowiem: oczywiście. Teraz nasi franczyzobiorcy płacą m.in. za to, aby ich nie powtarzać. Ba, zdarza nam się popełniać je nadal i jest to dowód na to, że się rozwijamy. Rynek zmienia się teraz bardzo szybko. Trzeba ciągle trzymać ręką na pulsie. Tylko ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi. Poza tym stworzenie  dużego przedsięwzięcia biznesowego właściwie od zera, to ciekawa przygoda, więc tak – ja się na tę retrospekcję piszę!

Przeczytaj także na MamBiznes.pl

Komentarze

Avatar

psych

12 czerwca 2019 Odpowiedz

Jakby jeszcze była możliwość jedzenia nie plastikowymi sztućcami i dostępność łyżek…

Avatar

asik

19 czerwca 2019 Odpowiedz

Bardzo dobre. Fajnie,że będzie wersja nieco mniej kaloryczna. Chciałabym, żeby ktoś wszedł w zupy. Zupa to jest to. Może być obfita, lekka, jaka chcesz. Szybko i zdrowo. wspaniała porcja warzyw w smakowitej formie.

Komentarze

Dodaj komentarz

*
*