Zarabia na śląskiej godce. „Początkowo to nie miał być biznes, tylko hobbistyczne działania”

Język śląski stał się dla niej pomysłem na biznes, choć początkowo nic tego nie zapowiadało. – Dla młodych znajomość godki, to coś egzotycznego przez to niektórzy znajomi prosili byśmy uczyli ich tych słów – mówi Klaudia Roksela, założycielka Gryfnie. Tak zaczęła sprzedawać Śląsk reszcie świata.

Na zdjęciu Klaudia Roksela

Bartłomiej Godziszewski: Skąd takie zamiłowanie do mowy śląskiej?

Klaudia Roksela: Z tym trzeba się urodzić. Ja, urodziłam się w śląskiej rodzinie, w której od pokoleń były przestrzegane i zachowywane śląskie tradycje. Oprócz tego zawsze w domu się godało nigdy nie mówiło. To było tak silne do tego stopnia, że miałam problemy w szkole na każdym etapie nauki, nawet na studiach. Wiedziałam, że to też było uciążliwe dla moich nauczycieli, którzy próbowali wpoić mi język polski. Gdy szczęśliwie ukończyłam edukację, mogłam się wyzbyć tego ciężaru, który sprawiał mi kłopot i teraz już nie mam żadnych oporów by godać gdzie chcę i z kim chcę.

I nie dostaję, za to po palcach linijką 🙂 Wręcz przeciwnie, ludzie są szczęśliwi, że godom i robia co robia. Poza tym śląski to tako godka, która znaczy więcej niż nasz ojczysty polski. Gdy dwie osoby godają, czuje się silną więź pomiędzy nimi. Czego nie ma w języku polskim i nigdy nie będzie. Przykładowo nieraz udało mi się załatwić wiele rzeczy dzięki godce i to nie przez znajomości. Przykładowo nie zapłaciłam mandatu lub Pan urzędnik szybciej rozpatrzył moje pismo. Godka ma moc! Powtarzam to nieraz.

Skąd wziął się pomysł na biznes? 

Początkowo to nie miał być biznes, tylko hobbistyczne działania, mające pokazać młodym ludziom, że śląski jest fajny, nowoczesny i nie musi kojarzyć się źle i pospolicie. Chęć przypominania czasów dzieciństwa, tego, co wtedy się działo, jakich słów się używało. Było parcie na to ogromne. Szczególnie dla młodych znajomość godki, to coś egzotycznego przez to niektórzy znajomi prosili byśmy uczyli ich tych słów. Chcieli znać tutejszą mowę, tym bardziej że większość z nich była z Polski. Także to była taka trochę misja dla mnie. Efekty były niesamowite, nasi koledzy faktycznie zapamiętywali tego słowa. Ale oczywiście nie godali, bo z tym trzeba się urodzić.

Jak wyglądały początki twojego biznesu?

Wszystko zaczęło się od profilu na Facebooku, tam najszybciej i najdalej mogliśmy trafić do potencjalnego odbiorcy. Pamiętam, że to było bardzo osobiste doświadczenia, kiedy ludzie z innych stron Śląska, Polski ba nawet zagranicy uczestniczyli w tej naszej misji, komentowali te nasze posty. Często też nazywali mnie Gorolem, przez to, że moja godka jest inna niż u nich. Pamiętam, że to było trudne, bo jak to? Przecież jestem Ślązaczką z krwi i kości 🙂

Fot. materiały prasowe

Gdy profil na Facebooku cieszył się zainteresowaniem wśród ludzi, postanowiliśmy z mężem (Gorolem 🙂 ), że postawimy stronę internetową, gdzie miały pojawiać się dłuższe teksty poświęcone naszej kulturze, ale dalej pokazywane nowocześnie. A miała się utrzymywać nie z reklam, bo dla nas to było zaśmiecanie po prostu naszej pracy, tylko z jakiś drobnych pamiątek ze Śląska. Ale dalej nie chodziło o kokosy, tylko, żeby się zwróciły koszty postawienia tego serwisu. Zaczęliśmy od kartki 🙂 Pamiętam to było trudne doświadczenie, bo nikt nie chciał nam zrobić małych ilości. To jest w Polsce trudne, bo gdy nie ma się odpowiednich nakładów finansowych ciężko coś jest wyprodukować. Bo każdy chce  przyjmować duże zamówienia. Pamiętam nie raz mi odmawiano. A ja dzwoniłam i prosiłam i przeżywałam to potem, że dalej nie wychodzi. I chyba przez upartość stopniowo udało nam się pozyskiwać producentów, którzy teraz z otwartymi ramionami przyjmują nasze zamówienia. Taką mam nadzieję, że tak jest.

Też trudne było to, że nie znaliśmy języka, którym operowali poszczególni producenci, tego specjalistycznego nazewnictwa. Po nocach śniły mi się spady, siatki i czesane dzianiny. Teraz to już w jednym palcu jak pacierz.

Czy jest to twój pierwszy biznes?

To nie był mój pierwszy biznes. Wcześniej z mężem próbowaliśmy stworzyć program dla salonów kosmetycznych i fryzjerskich ułatwiający szybkie i sprawne zapisywanie się na wizyty. Niestety okazało się, że w tamtych czasach większość salonów nie miała internetu. Także to był wielki niewypał. Wydawało nam się wtedy, że to był strzał w dziesiątkę. Ale nie wyszło, także do każdego następnego pomysłu podchodziliśmy sceptycznie i nie wiązaliśmy z nimi żadnych nadziei. Tak też potem było z Gryfnie.

Prowadzisz ciekawy biznes i chciałbyś o tym opowiedzieć? Napisz na kontakt@mambiznes.pl. Opiszemy Twoją historię!

Czy nazwa „Gryfnie” w języku śląskim coś oznacza?

Gryfnie, znaczy pięknie, ładnie. To słowo, które uwielbiam, bo można go użyć w odniesieniu do ładnej dziewczyny — gryfno frelka. Albo na przykład do wystroju wnętrza: Ale tu mocie gryfnie. To jest bardzo pojemne słowo i można wyrazić nim więcej niż tysiąc słów. Dlatego tak nazwaliśmy nasz projekt, by pokazać, że Śląsk jest gryfny, że godka jest gryfno, że tutejsza kultura jest gryfno. I też w myśl tego hasła nasze rzeczy miały być gryfne. Od początku do końca przemyślane i trwałe przede wszystkim. Chcemy dążyć do perfekcji, a czy nam to wychodzi, to już sami Państwo muszą ocenić.

Sami produkujecie wszystkie gadżety?

My wymyślamy, projektujemy (nasi pracownicy) od początku do końca, a produkcją zajmują się już konkretni wykonawcy, czyli drukarnia, szwalnia itd. Od zawsze chcieliśmy by produkcja odbywała się w Polsce, jeśli się da, to na Śląsku, a jeśli nie, to w granicach naszego kraju. No raz zdarzyło się nam wykonać jakiś produkt w Niemczech. Ale tak to staramy się, by pracę zapewnić naszym ludziom. I tego się trzymamy i z tego jesteśmy zadowoleni. Bo jak wiemy jednak polska jakość jest dużo wyższa niż skądinąd.

Zresztą łatwiej też się nam porozumieć z krawcową z Łodzi. Choć czasem i one nas nie rozumieją.

Fot. materiały prasowe

Skąd czerpiesz inspiracje?

Inspiracje pochodzą z głowy. Udało nam się już teraz wypracować zespół kilku osób, które wymyślają, co będziemy produkować i zajmują się tym od początku do końca. Każdy pomysł jest ileś razy przegadany, przegłosowywany, nim zaczniemy go wdrażać. To jest super, bo wzajemnie się angażujemy i inspirujemy. Jestem z tego bardzo zadowolona i chce mi się działać w tej dziedzinie.

Jeszcze mi się nie znudziło, choć czasem jest ciężko.

Czy kupują u was głównie Ślązacy?

Naszymi klientami są osoby z całej Polski i też z zagranicy. To głównie Ślązacy kupują prezenty dla Ślązaków, Ślązacy dla Goroli, żeby łatwiej im się tutaj żyło i choć troszkę poczuli klimat tego miejsca.

Jakie masz plany na najbliższą przyszłość

Robić, to co kocham i poświęcać się temu ile sił starczy.

Przeczytaj także na MamBiznes.pl

Komentarze

Dodaj komentarz

*
*