Białostocki start-up rozwiązał jeden z największych problemów każdego biura

Polska wciąż nie posiada swojego jednorożca wśród start-upów, jednak ta białostocka firma ma szansę przetrzeć szlaki. Być może już nie długo aplikacja Zonifero może stać się must have w każdej firmie na świecie. Ich rozwiązanie jest już obecne nie tylko w polskich biurach, ale także zagranicznych.

Od lewej Łukasz Muszyński i Michał Gąsior

Bartłomiej Godziszewski: Podobno czas to pieniądz, zgodzicie się z tym?

Michał Gąsior: Naturalnie, czas to waluta. Jest taki film sprzed kilku lat, który dotyka tego tematu. W przedstawionym świecie walutą jest właśnie czas. Doskonale widać w nim jego wartość, ponieważ bogaci mogą kupić sobie nieśmiertelność. To egalitarny świat, w którym bogaci mają władzę i mogą więcej. Mogą być też wiecznie młodzi. Film niby jest w kategorii sci–fi, ale przecież nie inaczej jest w naszych życiach na co dzień. To całkiem trafna alegoria naszej rzeczywistości. Współczesny świat oscyluje wokół usług. To gospodarka usługowa wyparła w dużej mierze gospodarkę produkcyjną, a w tej pierwszej usługobiorca płaci usługodawcy za jego czas. Stąd też pracodawcy coraz częściej zadają sobie pytanie: jak zoptymalizować czas zatrudnionych specjalistów, aby ich praca była bardziej wydajna. Wydajna w rozumieniu, że ta sama osoba przyniesie firmie więcej pieniędzy w krótszym czasie. Ergo: czas to pieniądz.

To właśnie od oszczędności czasu wziął się wasz pomysł na biznes?

Michał Gąsior: Czas był w przypadku Zonifero niewątpliwie ważnym czynnikiem. Niemniej ważnym jednak od kwestii organizacyjnych i administracyjnych, którymi nie sposób było zarządzać w tradycyjny sposób przy firmie, która rosła o kilkadziesiąt procent kwartał do kwartału. W takich firmach problemy rosną w sposób wykładniczy.

Łukasz Muszyński: W Grupie Kapitałowej TenderHut, z której wywodzi się Zonifero, w ciągu kilku dni w jednym biurze pojawili się pracownicy z 2 nowych firm i zespoły musiały zacząć między sobą współpracować. Zaczęły się pierwsze problemy. Pracownicy nie wiedzieli kto jest kim, jaką rolę pełni i gdzie go znaleźć. Nie było wiadomo, jak się skontaktować z nowymi osobami i panował lekki chaos. Dlatego też powstała pierwsza wersja aplikacji Zonifero, wtedy nazywającej się jeszcze OfficeApp, która pozwalała na rozwiązanie tych wszystkich problemów za pomocą mapy, listy kontaktów i wyszukiwarek. Zauważyliśmy, że od kiedy pracownicy zaczęli korzystać z aplikacji ich praca stała się wydajniejsza, a nastrój w firmie się poprawił. W kolejnych etapach rozwoju aplikacji udało nam się dowiedzieć, jak duże oszczędności udało nam się wygenerować. Okazało się, że poszukiwanie osób, wolnych miejsc takich jak sale czy łazienki, a także informacji o firmie generuje ogromne marnotrawienie czasu. W momencie, kiedy udało nam się wyeliminować te przestoje zauważyliśmy, że ludzie poświęcają więcej czasu na pracę. Dzięki zastosowaniu narzędzia mamy więc sytuacje win–win, gdzie zyskuje firma i pracownicy.

Udało się wam rozwiązać jednocześnie wiele problemów, z którymi borykają się pracownicy biur.

Łukasz Muszyński: Rozwijając aplikację rozpoczynaliśmy od tych najprostszych, ale najbardziej uciążliwych problemów związanych z codziennym funkcjonowaniem w biurze. Kwestie związane z zajętością sal konferencyjnych, miejscami parkingowymi czy nawet tak prozaicznymi rzeczami jak lista z kontaktami pracowników zostały rozwiązane już w prototypowej wersji aplikacji. Zonifero w pierwszej kolejności pomogło więc uporządkować te informacje tak, aby były one przejrzyste i łatwo dostępne dla każdego pracownika. Już wtedy zaczęliśmy zdawać sobie sprawę z potencjału tego narzędzia. Managerowie zaczęli nam opowiadać o tym, w jaki sposób można by przy pomocy aplikacji uprościć kwestie administracyjne. Okazało się, że poszczególne działy mają podobne problemy. Jednym z nich, z uwagi na to, że nasze centra developerskie są rozsiane po całej Polsce, było zagadnienie związane z rozliczaniem delegacji. Do tej pory był to złożony proces, który każdy wykonywał dość niechętnie, a dzięki Zonifero całą delegację można rozliczyć w 2 minuty bez żadnej pomocy, wracając pociągiem lub zatrzymując się na stacji, żeby zatankować samochód. Dostarczamy również rozbudowaną analitykę z wykorzystania biurek i sal, a także możliwości zarzadzania hot–deskami, które są coraz bardziej popularne. Wdrożyliśmy rozwiązania wspomagające zarządzanie budynkiem, takie jak wirtualna recepcja, która potrafi skrócić czas obsługi gościa nawet 60 razy. Wirtualne karty dostępu w telefonie pozwalają poruszać się po budynku bez konieczności noszenia ze sobą plastikowej karty, o noszeniu której część pracowników notorycznie zapomina. System posiada również możliwość zarządzania zgłoszeniami, który skutecznością i szybkością działania zaskakuje naszych klientów. Dzięki zastosowaniu aplikacji mobilnej pracownicy chętniej zgłaszają potrzeby występujące w biurze, np. brak tonera, ponieważ jest to dużo szybsze i wygodniejsze. Oprócz rozwiązywania problemów zależy nam też na tym, aby ludzie dobrze czuli się z naszym systemem. Dlatego podstawowym założeniem było to, że aplikacja nie śledzi pracowników. Można w niej sprawdzić, gdzie jest biurko danego pracownika, ale nie poznamy jego obecnej lokalizacji.

Jak długo pracowaliście nad systemem? Czy w międzyczasie musieliście się mierzyć z problemami?

Łukasz Muszyński: System rozwijamy już ponad dwa i pół roku. Po drodze mieliśmy różne wyzwania. Budując samodzielnie produkt początkowo rozwiązywaliśmy problemy w zarządzaniu biurem, z którymi mierzyliśmy się na co dzień. W momencie, kiedy podjęliśmy decyzje o komercjalizacji produktu okazało się, że musimy nauczyć się rozmawiać tym samym językiem, co branża nieruchomości. Jak się później okazało jest to standardowy problem, który posiadają wszystkie firmy technologiczne próbujące wejść w rynek Prop–Tech. Dzięki współpracy z największymi firmami z tej branży udało nam się pokonać i to wyzwanie. Na dzień dzisiejszy mamy jasne cele i rozumiejąc rynek i jego potrzeby wiemy, że produkt musi być budowany nie tylko na podstawie naszej wizji, ale też na podstawie realnych doświadczeń firm branżowych.

Gdzie po raz pierwszy zamontowaliście swoje rozwiązanie? Jak wiele firm korzysta już z waszych rozwiązań?

Łukasz Muszyński: Nasze pierwsze wdrożenie obejmowało całą Grupę Kapitałową TenderHut. Można powiedzieć, że nasi pracownicy byli testerami pierwszych wersji aplikacji. Natomiast pierwsze komercyjne wdrożenie odbyło się we francuskim oddziale firmy ThermoFisher. Pilotaż zrealizowaliśmy także z Politechniką Białostocką i dziś studenci tej uczelni mogą korzystać z naszego rozwiązania za darmo. Na dzień dzisiejszy rozwiązanie biurowe jest wdrożone w firmach na terenie całej Europy. Prowadzimy obecnie testy dla klientów w Katarze, Szwecji czy Wielkiej Brytanii. Czołowym projektem, którego realizację właśnie rozpoczęliśmy jest współpraca z developerem nieruchomości komercyjnych, spółką Cavatina S.A. Nasze rozwiązanie będzie obsługiwać ponad 100 tys. m2 powierzchni biurowych w kluczowych inwestycjach tego developera.

Fot. Cavatina

Pół roku temu udało się wam podpisać współpracę ze znanym deweloperem Cavatina. Co dała wam taka współpraca?

Michał Gąsior: Umowa z Cavatiną to kamień milowy dla Zonifero. Abstrahując od samego kontraktu i jego wartości materialnej, umowa pozwoliła nam po pierwsze lepiej zrozumieć potrzeby deweloperów i zarządców budynków. Dotąd bowiem koncentrowaliśmy się głównie na wartościach dla najemców. Dzięki tej umowie dowiedział się o nas cały rynek. Cavatina stała się więc dla Zonifero tzw. door–openerem do rozmów z innymi deweloperami i zarządcami nieruchomościami komercyjnymi. Nie jesteśmy już kolejną firmą od Prop–Techu tylko tymi, którzy współpracują z jednym z większych graczy na rynku. Ta umowa pokazała nas na mapie, pokazała również, że jesteśmy już nie tyle start–upem a dojrzałą firmą, gotową z powodzeniem funkcjonować na tym rynku.

Jak oceniacie polską branżę Prop–Tech. Czy jest jeszcze w niej miejsce na kolejne innowacje?

Michał Gąsior: Podczas niedawnego Prop–Tech Forum miałem przyjemność uczestniczyć w panelu dyskusyjnym na temat tego, jak technologia zmienia branżę nieruchomości. Postulowałem tam, abyśmy myśleli o Prop–Techu zgodnie z jego szeroką definicją, czyli jako o technologii dla nieruchomości. Technologii w rozumieniu ogólnym, a nie wąskim – cyfrowym. Zgodnie z tą definicją Prop–Techem będą zatem także iteracje materiałów budowlanych. Przykładowo beton, który oczyszcza powietrze ze spalin samochodowych, rozkładając szkodliwe cząstki NOx na azot. W Polsce Prop–Tech jest jeszcze dość daleko za tym globalnym trendem, ale ta przepaść szybko się zasypuje. Nie w każdym aspekcie jeszcze, ale idziemy w dobrą stronę. Choć jak słyszę, że w dwóch pierwszych kwartałach 2019 roku fundusze inwestycyjne wydały na Prop–Tech 12,9 miliarda dolarów a potem patrzę na inwestycje na polskim rynku to robi mi się smutno. Niewątpliwie natomiast jest jeszcze ogrom miejsca na innowacje Prop–Techowe czy Industry 4.0. Na dobrą sprawę ta czwarta rewolucja przemysłowa dopiero się u nas zaczyna. Jeszcze do niedawna branże nieruchomości i construction były, obok rolnictwa, najbardziej zacofanymi cyfrowo gałęziami gospodarki. Teraz przechodzą widoczną transformację cyfrową, choć – wracając do wspomnianego wcześniej Prop–Tech Forum – przed nami jeszcze bardzo wiele pracy, szczególnie w zakresie edukacji rynku dotyczącej konieczności zmian.

Prowadzisz ciekawy biznes i chciałbyś o tym opowiedzieć? Napisz na kontakt@mambiznes.pl. Opiszemy Twoją historię!

Prop–Tech staje się modnym słowem na salonach. Problem z Prop–Techem jest taki, że mało osób rozumie w pełni, czym on jest oraz co z niego tak naprawdę wynika. Często kojarzy się go i porównuje z gadżetem. W naszym odczuciu to niesprawiedliwe. Obserwujemy wyraźne przejście w Polsce z Prop–Techu, który jest trendem albo buzz wordem do Prop–Techu dojrzałego, który dobrze wie, po co istnieje i jakie problemy rozwiązuje. To dzieje się równoległe do dojrzałości klientów. Kiedy Prop–Tech pojawił się w Polsce to nikt go nie rozumiał, na czele z klientami i całą branżą. Stąd ta łatka „gadżetu”. Dziś rynek ten całkowicie się zmienia. Przychodzą do nas klienci i mówią: potrzebujemy tego czy tamtego. Macie to? Jeszcze jakiś czas temu wyglądałoby to inaczej. To my musieliśmy chodzić po rynku, opowiadać jakie funkcje mamy, a w zamian słyszeliśmy najczęściej: „a po co nam to?”. Dziś coraz częściej klienci dobrze wiedzą, po co są nasze funkcje i w jaki sposób mogą przełożyć się na realny biznes. Czy na przykład moduł aplikacji Zonifero do zarządzania miejscami parkingowymi to gadżet czy potrzebna funkcja? Jeden z naszych klientów, duża firma z Wrocławia, która wdrożyła u siebie nasze zarządzanie parkingami, cieszy się ze zwiększenia zajętości miejsc parkingowych z 60 proc. do przeszło 95 proc. i to w prostej wersji systemu, polegającej na deklaratywnych rezerwacjach pracowników, co do chęci zajęcia miejsca na kolejny dzień. Bez hardware, bez czujników. Relatywnie niskim kosztem udało nam się zoptymalizować koszty najemcy wynikające z nieefektywnego zarządzania miejscami parkingowymi. Prop–Tech nadal może być oczywiście gadżetem, jeśli tylko klient tego chce i decyduje się na jego wdrożenie bez przeanalizowania własnych potrzeb. Jeśli jednak wie, czego chce, w jakich aspektach Prop–Tech może usprawnić jego firmę o realne wartości – np. oszczędność czasu, skoro ustaliliśmy już, że czas to pieniądz – to nie możemy mówić o tym jako o gadżecie.

Jakie macie plany na najbliższą przyszłość? Czy zamierzacie rozszerzyć swoją działalność także o rynki zagraniczne?

Michał Gąsior: To nasz cel numer jeden. Ale podchodzimy do tego strategicznie i z głową – małymi krokami. Mamy już wdrożenia za granicą, mamy tam też swoich partnerów. Jednak Prop–Tech w naszym wydaniu może być nieco skomplikowany przy pełnych wdrożeniach funkcjonalnych, zastosowaniu sensorów IoT, czy ekranów przed salami konferencyjnymi, wpasowaniu się w fit–out najemcy wraz z okablowaniem na budynku, integracjami z nieznanymi nam z polskiego rynku dostawcami BMS, czy kontroli dostępu. Część z tych zagadnień nie jest zależna od nas lub zależna tylko częściowo. Przykładowo integracje z dostawcami kontroli dostępu wymagają chęci współpracy z ich strony i udostępnienia nam swoich aplikacji czy mówiąc kolokwialnie wpuszczenia nas do siebie. Za granicą mamy o wiele mniejszy margines błędu, bo o ile w Polsce możemy w każdej chwili podejść do klienta, zmienić coś lub poprawić, o tyle poza krajem nasze ruchy są ograniczone. Musimy być pewni, że tych błędów nie będzie przed masową ekspansją na inne rynki i najłatwiej jest nam się o tym przekonywać przez zaprawianie w boju na rodzimym gruncie. Ale szybko się uczymy i ekspansja jest wyłącznie kwestią czasu, a mamy co do niej bardzo ambitne plany.

Przeczytaj także na MamBiznes.pl

Komentarze

Dodaj komentarz

*
*